Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej
Szkoła

12.07.2019
piątek

Przegrane roczniki deformy (zdecydowanie więcej niż dwa)*

12 lipca 2019, piątek,

Kolejne miasta ogłaszają wyniki rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Wielu młodych ludzi z rocznika kończącego zlikwidowane** gimnazja i z ósmej klasy zdeformowanej szkoły podstawowej nie dostało się nie tylko do szkoły pierwszego, drugiego czy kolejnego wyboru, ale do żadnej szkoły, którą wskazali w rekrutacji. W mediach i na forach jest wiele komentarzy o „straconych”, „przegranych”, „skazanych na straty” dwóch rocznikach. Wszystko prawda, ale „przegranych” roczników będzie zdecydowanie więcej niż dwa.

W Krakowie do żadnej z wybranych szkół nie dostało się 2500 młodych ludzi, w Gdańsku – ponad 1200 osób, w Szczecinie – ok. 900, w Olsztynie – 800, w Lublinie – 600, w Elblągu – 200. Wyniki rekrutacji dla Warszawy zostaną ogłoszone 16 lipca. Już teraz wiadomo, że do liceów złożono o 7 tys. wniosków więcej, niż jest w nich miejsc, natomiast do techników i szkół branżowych aplikowało mniej osób, niż te szkoły mogą przyjąć.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że co roku część uczniów nie dostawała się w pierwszej turze rekrutacji do żadnej ze szkół, którą wybrali. Powodem było to, że nastolatkowie wskazywali za mało placówek oraz wybierali te szkoły, do których trzeba było mieć wyższą punktację niż ta, którą osiągali. Trzeba jeszcze wyraźniej podkreślić, że po pierwsze, nigdy tych osób nie było tak dużo jak teraz. A po drugie, nigdy tak wielu nastolatków nie miało tak mało szans, żeby dostać się do liceum. Do jakiegokolwiek liceum.

Można przeczytać komentarze, że to nawet dobrze, bo w kolejnych rocznikach do liceów ogólnokształcących szło zbyt dużo młodych ludzi, a zbyt mało decydowało się na edukację zawodową w technikach i szkołach branżowych. Jeśli patrzy się na ogólne statystyki oraz proporcje uczniów w trzech wymienionych typach szkół i zestawia te dane z potrzebami rynku pracy (pomijam fakt, że rynek pracy ulega dynamicznym zmianom i naprawdę teraz nie do końca wiadomo, na jakie zawody i umiejętności będzie zapotrzebowanie za kilka lat), to może i nie jest to pozbawiona racji teza.

Jednak gdy spojrzymy na indywidualne przypadki, na uczennice i uczniów kończących szkoły podstawowe lub gimnazja (często z dobrymi, a nawet z bardzo dobrymi wynikami), którzy nie dostają się nie tylko do tych szkół, które wybrali, ale także do żadnej szkoły, żadnego liceum czy nawet technikum (co jest możliwe, jeśli wskazali tylko te najbardziej oblegane), to widać dramaty konkretnych młodych ludzi i ich rodziców. Tego nie można lekceważyć. Edukacja to nie są statystyki, ale całkiem prawdziwe osoby.

Każda uczennica i każdy uczeń ma prawo do podejmowania decyzji dotyczących ich edukacyjnej przyszłości, nawet jeśli mieliby „przestrzelić” i zbyt „ambitnie” wybierać placówki. Problem w tym, że części nastolatków z „kumulacji roczników” to prawo zostało odebrane przez minister Annę Zalewską, wszystkich parlamentarzystów oraz parlamentarzystki głosujących za „dobrą zmianą” w edukacji.

Jeszcze większy problem (ze względu na edukacyjną przyszłość dzieci i młodzieży, a jednocześnie – choć zabrzmi to patetycznie – na przyszłość naszego społeczeństwa) polega na tym, że nie tylko te dwa roczniki są „stracone” i „przegrane”. Chciałabym, żeby to wybrzmiało wyraźnie: współczując młodym ludziom przystępującym do rekrutacji w tym roku i współczując ich rodzicom, trzeba podkreślać, że katastrofa w edukacji nie skończy się wraz z początkiem września i „upchnięciem” młodych ludzi w „jakichś” szkołach. („Jakichś”, czyli często wcale nie tych, do których chcieliby pójść).

Konsekwencje demolki edukacyjnej dotyczą także innych.

Po pierwsze – tych, którzy już teraz są w szkołach średnich, oraz tych, którzy będą do nich zdawać w następnym roku. Przez dwa lata uczniowie obecnych drugich klas, a przez trzy lata uczniowie, którzy rozpoczną naukę we wrześniu 2020 r., będą starali się „zdobyć” edukację w przepełnionych placówkach (niedostosowanych do tak dużej liczby osób – chodzi o „prozaiczne” sprawy: dostępność pracowni przedmiotowych, sal gimnastycznych czy toalet), zmagających się przede wszystkim z brakiem nauczycieli, często pracujących w systemie zmianowym. W szkołach i w budynkach, w których jest o kilka klas więcej, niż powinno być, trudno się uczyć. A argument, że „kiedyś” przecież tak było, też mieliśmy takie doświadczenia, a „wyrośliśmy na ludzi”, są tak samo bezsensowne jak ten, że „kiedyś” nie było prądu, a przecież ludzie sobie radzili i byli całkiem szczęśliwi.

Po drugie – skutki edukacyjnej katastrofy odczuwają i odczują (szczególnie w większych miastach) dzieci chodzące do podstawówek dostosowanych do sześciu roczników, które obecnie muszą pomieścić osiem klas. Ani dzieci, które dopiero od września pójdą do pierwszej klasy, ani ci, którzy rozpoczną edukację w klasie ósmej (i o których można by pomyśleć: uff, szczęściarze, nie są w „kumulacji”), ani wszystkie roczniki pomiędzy nimi nie „uciekną” przed deformą.

Po trzecie – edukacyjna hucpa minister Zalewskiej oraz jej koleżanek i kolegów z rządu i parlamentu spowodowała destrukcyjne zmiany w jakości kształcenia. To jest bardzo istotne i przed tym żaden rocznik się nie uchroni. Programy są niedopracowane i zideologizowane (zainteresowanych zachęcam np. do przyjrzenia się podręcznikom do historii dla IV klasy szkoły podstawowej). Podstawa programowa jest przeładowana i oparta na „wkuwaniu” wiedzy. Programy dla przedmiotów ścisłych są niekompatybilne (przypadek szkoły podstawowej i fizyki, na której wprowadza się tematy, których uczniowie nie mogą zrozumieć ze względu na brak aparatu matematycznego). Itd. itp. To, czego mają się uczyć dzieci w szkołach podstawowych i średnich, jest nieprzemyślane, a przede wszystkim niedostosowane do współczesności.

Po czwarte – najsilniej skutki deformy odczują dzieci z rodzin o najniższym statusie społeczno-ekonomicznym. To dzieci z tej grupy najbardziej ucierpią na skróceniu edukacji powszechnej z dziewięciu lat (sześć lat podstawówki + trzy lata gimnazjum) do lat ośmiu (tylko ośmioletnia szkoła podstawowa). O negatywnych konsekwencjach zmiany polegającej na podwyższeniu wieku rozpoczynania edukacji szkolnej (z sześciu do siedmiu lat) – także wprowadzonej przez minister Zalewską – które przede wszystkim oddziałują na dzieci ze środowisk „mniej uprzywilejowanych”, już nawet nie wspominam. I żadne hasło „ratowania maluchów” tu nie pomoże.

To nie jest tak, że jeśli ktoś nie mieszka w metropolii, w dużym mieście lub chociażby w miejscowości średniej wielkości (to ich przede wszystkim dotyczy problem „podwójnego rocznika” i przepełnionych szkół), to nie ma się czym martwić, bo deforma jego dziecka nie dotyczy. Dotyczy i to bardzo. Dzieciom i młodym ludziom, którym z różnych powodów jest trudno, w edukacji będzie teraz jeszcze trudniej.

Po piąte – destrukcja w systemie edukacji ma wpływ na nauczycielki i nauczycieli. Chodzi zarówno o poniżanie tej grupy zawodowej przez rządzących (co było szczególnie widoczne był podczas wiosennego strajku), jak i o konkretne kwestie, np. rozmontowanie zespołów nauczycielskich z gimnazjów czy zwiększenie grupy nauczycieli, którzy żeby „wyrobić” pensum, muszą prowadzić lekcje w kilku szkołach, co nie pozostaje bez skutku na ich motywacje i zaangażowanie, a także na czas, który mogliby poświęcić uczniom poza lekcjami. Znowu można dodać: itd. itp. Nastawienie do pracy nauczycieli ma fundamentalne znaczenie dla relacji i atmosfery w szkole. „Dobra zmiana”, uderzając w nauczycieli, uderza w uczniów.

Po szóste – pieniądze. Za skutki deformy (już) wszyscy płacimy i (jeszcze) zapłacimy. W maju samorządowcy z dziesięciu największych miast zrzeszonych w Unii Metropolii Polskich złożyli w Ministerstwie Finansów wezwania do zapłaty ponad 103 mln zł kosztów poniesionych w 2017 r. przez samorząd w związku z dostosowaniem szkół do zmian w oświacie. Za te pieniądze można by budować przedszkola lub domy kultury, można by modernizować placówki służby zdrowia podlegające miastom. Mówiąc krótko, można by te kwoty wykorzystać sensownie, zamiast płacić za absurdalne i nieprzemyślane pomysły rządzących. A nie są to wszystkie finansowe koszty deformy ponoszone bezpośrednio przez samorządy, a pośrednio przez przez nas wszystkich.

Tych negatywnych konsekwencji tzw. dobrej zmiany w edukacji jest więcej. I naprawdę nie dotyczą one tylko dzieci z „kumulacji roczników” i ich rodziny.

Na koniec cztery zdania do rodziców dzieci, które (szczęśliwie) nie biorą udziału w rekrutacji do szkół średnich w tym roku: to nie jest tak, że deforma „ominie” Wasze dzieci. Tak się nie stanie, a dlaczego tak się nie stanie – patrz: punkty od 1 do 5. Nie jest tak, że po wrześniu 2019 r. wszystko się „ułoży” i „jakoś to będzie”. Nie jest tak, że ogólnie „nic się nie stało”.

I dwa zdania do osób, które nie mają dzieci w systemie szkolnym: Państwo także odczują skutki destrukcji systemu edukacji, patrz: punkt 6. O punktach od 1 do 5 już nawet nie wspominam, choć przecież dotyczą one nas wszystkich jako (podzielonej, spolaryzowanej itd.), ale jednak wspólnoty.

* Choć najczęściej mówi się o dwóch rocznikach, warto pamiętać, że de facto chodzi o trzy roczniki: dzieci urodzone w 2003 roku (skończyły gimnazja), w 2004 roku (kończyły szkoły podstawowe) oraz w 2005 roku (osoby, które skończyły podstawówki i poszły do szkoły jako sześciolatki).

** Specjalnie nie używam słowa „wygaszone”, nie ma sensu lukrować rzeczywistości i „wygaszać”, te szkoły zostały zlikwidowane.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Niekompatybilność nie dotyczy tylko fizyki i matematyki, ale i innych przedmiotów. Ja, ze względu na wnuka, który skończył czwartą klasę i był ostatnim rocznikiem sześciolatków, miałam nieszczęście przeglądać podręcznik do matematyki. Zgroza! Przeładowanie materiału ,co trzy lekcje nowy temat, żadnych, ze względów czasowych, możliwości utrwalania umiejętności matematycznych, tempo, tempo i jeszcze raz tempo. Jednocześnie podstawa programowa słabo skorelowana z umiejętnościami, z którymi dzieci wyszły z klasy trzeciej i nieuwzględniająca faktu, że są to dzieci o rok młodsze od tych, które dawniej realizowały podobne treści. A wiem , o czym mówię, gdyż jestem byłą już /moje szczęście/ nauczycielką nauczania początkowego. Gdy rozmawiam z moimi byłymi koleżankami ze szkoły, to jedyne, co im i mnie przychodzi do głowy, to rozpacz i wściekłość!

  2. I tak SLONCE NARODU z min.Zalewska doprowadzili do obnizenia edukacji o co sekretariatowi partii chodzilo.{Ciemnym ludem latwo sterowac}.Wybranie wyksztalcenia pod naciskiem np.technikum nie oznacza ze w przyszlosci bedziemy miec dobrych fachowcow.Tylko wybranie wyksztalcenia w kierunku ktory interesuje gwarantuje w przyszlosci wysoka jakosc wyksztalconego.Ja tez przed 51 laty wybralem zawod ktory lube a nie to co sugerowano i mysle ze wybor byl wlasciwy.Takie potraktowanie dzisiaj odbije sie dopiero po kilku latach.Sprawcy tego chaosu powinni odpowiedziec przed sadem a tymczsem SUWEREN wyslal ich na cieple posadki do Brukseli,cos tu jest na bakier z logicznym mysleniem.Trzeba miec nadzieje ze nauczyciele jak zawsze stana na wysokosci zadania.Jak we wrzesniu zdecyduja sie na strajk to rodzice powinni ich poprzec a nie ganic.Juz Lenin powiedzial: Panstwo w ktorym policjant zarabia wiecej od nauczyciela to panstwo policyjne:dlatego popierajcieBELFROW

  3. Niestety pisowska reforma i minister Anna Zalewska są tylko konsekwencją naszych wszelkich poczynań „edukacyjnych”. Od czasów transformacji ustrojowej wszyscy po trochu przyczyniliśmy się do zapaści edukacji i wszyscy ponosić będziemy tego długofalowe konsekwencje. Priorytet gonienia gospodarczego Zachodu, bogacenie się i honorowego odwdzięczania się Kościołowi Katolickiemu za wsparcie w transformacji położyło głęboki cień na wykształceniu nowoczesnych, otwartych, tolerancyjnych pokoleń rozumiejących złożoność i różnorodność świata i natury. Na poziomie rządzących najpierw minister Samsonowicz swoją „instrukcją” wprowadził do szkół religię, która ani w ilości godzin, ani w wartości merytorycznej, ani w jakości przekazywanego materiału (bo na pewno nie – wiedzy) nie okazała się adekwatna do potrzeb współczesności. Poza tym jest to przedmiot poza wszelką kontrolą odpowiadających za oświatę władz państwowych, nauczany na skrajnie niskim poziomie i w gruncie rzeczy demoralizujący. Potem, reformująca maturę Grażyna Ziółkowska skutecznie zredukowała myślenie przygotowujących się do egzaminu dojrzałości młodych ludzi z rozumnego obrazowania ich wizji świata do rozwiązywania testów. Towarzyszyło temu rewolucyjne zreformowanie sposobu nauczania w szkołach, które również przestały się skupiać na kształceniu myślenia uczniów, a położyły nacisk na sztukę i wysoki poziom praktycznej umiejętności – właśnie – rozwiązywania testów maturalnych (a w poziomie niższym – gimnazjalnych). Niedługo później minister Łybacka popsuła, niedawno wprowadzoną reformę ministra Handkego wprowadzającą gimnazja, obniżając ich poziom przez wprowadzenie możliwości łączenia ich z podstawówkami, a nie tak jak pierwotnie zakładano z liceami. Wszystkie rządy nagrzeszyły selekcją negatywną do zawodu nauczyciela, nie należycie, co do wielkości i błędnie, co do motywacji, to środowisko wynagradzając. Przez lata skutecznie obniżano prestiż zawodu i pauperyzowano środowisko. Nie przykładano wagi do wizji oświaty jako trampoliny społecznej, kulturowej i ekonomicznej, zaniedbywano programy i koncepcje nauczania. My jako społeczeństwo przyglądaliśmy się temu bez refleksyjnie, zapominając, że „tylko edukacja publiczna zgodnych i dobrych robi obywateli” (Jan Saryusz Zamoyski). Niepotrzebnie się dziwimy obecnej sytuacji, bo przecież „takie są Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie” (również Jan Saryusz Zamoyski), a sami do tego stanu dopuściliśmy, przyzwalając na psucie oświaty przez wszystkie opcje polityczne. W środku pędzącego nowoczesnego świata odpuściliśmy sobie „młodzieży chowanie” i stajemy się odwracającą się od współczesnej różnorodności oazą kseno- homo- innowierco -itd. -fobii. Takie społeczeństwo wybiera potem rząd, który wprowadza szeroką kontrreformację, psuje państwo i psuje jego nadbudowę społeczną, którą odbudować jest zawsze najtrudniej, ale niezwykle łatwo dzięki takim działaniom rozwijać powszechną idiokrację.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Proszę nie zapominać, że nie tylko rocznik 2003 ukończył likwidowane gimnazja. Wśród absolwentów gimnazjów są również dzieci z rocznika 2004.
    Zdumiewa mnie, jak często media o tym zapominają.

  6. „kiedyś” przecież tak było, też mieliśmy takie doświadczenia, a „wyrośliśmy na ludzi”….
    …którzy głosują na PiS.

  7. Czy tak znacząco zmieniła się łączna ilość uczniów od 1 kl. SP do matury?
    W ubiegłym roku wszyscy się mieścili a teraz już nie ?
    Za przygotowanie bazy lokalowej dla szkół odpowiadają lokalne władze samorządowe – co zrobiły w tym zakresie przez ostatnie 3 lata ?
    Ponadto czy ponad 80% musi mieć maturę ( z tego większość po ukończeniu LO ) a ponad 50% ukończone studia – z tego w większosci w zawodach, dla których nie ma pracy. Skończy taki licencjat z prawa i finansów i jedzie do Anglii by tam frytki smażyć! Do tego wystarczy ukończona SP i dwudniowe przeszkolenie na stanowisku pracy.
    Czy sprzedawca w Castoramie musi mieć tytuł magistra filologii, fizyki czy matematyki, czy do mieszania farb w hurtowni konieczny jest inżynier po politechnice ? To są autentyczne przypadki !
    Tymczasem znikają zasadnicze szkoły zawodowe, technika choć nasza gospodarka coraz bardziej cierpi na brak pracowników szkolonych w tych właśnie szkołach. Zna tę sytuację każdy , kto obraca się zawodowo w sferze przemysłu i usług. Starzy fachowcy odchodzą i brak ich następców. Jeszcze na razie ratujemy się Ukraińcami ale jak długo?

  8. kaesjot łączna liczba uczniów pewnie nie, ale liczba szkół tak. Zniknęły gimnazja. Niektóre przekształcono w szkoły podstawowe, niektóre zostały liceami. Ale większość została pustych lub sprzedana. To nie takie proste stworzyć szkoły od nowa. trzeba mieć cały zespół nauczycieli, dyrektora. Były takie gimnazja przekształcane w podstawówki w których jednocześnie spotykali się uczniowie najmłodszych klas i ostatnich klas gimnazjów. Ponadto rodzice wola posyłać dzieci do szkół znanych i sprawdzonych a nie do nowych tworów, z których nie wiadomo co się wykluje. Co do liceów, to zwiększona liczba uczniów będzie przez 3 lata, potem sytuacja wróci do normy. Będzie tylko jeden rocznik więcej czyli ok 4-5 klas. Obecny rocznik to 7-8 klas pierwszych, ale w niektórych szkołach nawet 11. Nie dyskutujmy czy potrzebny jest inżynier czy magister filozofii, ale jak zachęcić młodych ludzi do nauki w szkołach zawodowych. Poprzednio tez cześć młodych ludzi nie dostawał się do liceów, ale byli to absolwenci z mała liczbą punktów np. 50 na 200 możliwych. Teraz słyszę, że na lodzie zostali absolwenci ze 160 punktami. To jest bardzo dobry wynik! Nie tak powinno być.

  9. lusia24
    14 lipca o godz. 16:49
    Jaka część gimnazjalistów chodziła do gimnazjów , które były samodzielnymi szkołami w sensie fizycznym tzn. w odrębnych obiektach a nie w zespołach szkół ? Z czterech szkół mieszczących się w pobliżu mego miejsca zamieszkanie WSZYSTKIE to były Zespoły Szkół czyli SP + Gimnazjum z jedną dyrekcją i zespołem kadry nauczycielskiej.
    3 lata czasu miały samorządy lokalne na przygotowanie się do zmian spowodowanych reformą. Tak trudno było policzyć i podjąć stosowne działania ?
    Dzisiaj na politechnice, którą kończyłem ponad 40 lat temu studiuje 3 razy więcej studentów, lecz w tym czasie w samym mieście zlikwidowano wiele zakładów przemysłowych lub pozostały z nich „marne szczątki”. Tylko HCP dawał pracę ponad 20 tys. ludzi – dzisiaj ok. 600. Silników okrętowych ani trakcyjnych, obrabiarek, już nie produkuje, wytwarza się jeszcze trochę wagonów ( max. 5-10% tego co w latach świetności ). W pozostałych większych zakładach przemysłowych straciło zatrudnienie co najmniej drugie tyle. Tymczasem największy poznański pracodawca VWP zatrudnia zaledwie połowę tego co niegdyś sam Ceglorz. Na prowincji także wiele zakładów przemysłowych padło. Gdzie znaleźć pracę dla trzykrotnie większej ilości inżynierów ?
    Być może obecne 160 pktów jest mniej warte niż wcześniejsze 50 pktów?

  10. Kaesjot, ale o czym Pan pisze w ogóle? Zdaje Pan sobie sprawę, jaką ofertę mają szkoły branżowe? I kto niby ma w nich uczyć za pensję nauczycielską, skoro potencjalny branżówkowy nauczyciel jako fachowiec więcej zarobi realizując zlecenia na firmę? To nie Pana zmartwienie, gdzie znaleźć pracę dla inżynierów – to zmartwienie tychże! Jak nie w Polsce to za granicą. A jak nie za granicą, to się przekwalifikują. Dlaczego Polska ma zawsze stać robotnikami, ciężkim przemysłem, produkcją półfabrykatów, które potem kupuje drożej w postaci produktów finalnych, a nie na przykład wysokimi technologiami? Do nowoczesnego przemysłu potrzebni są wysokiej klasy specjaliści, inżynierowie, dla których Pan nie widzi miejsca , bo się Pan najwyraźniej zatrzymał na rozwoju gospodarczym te 40 lat wstecz. Jeśli uczeń uzbierał 160 punktów, to jest to uczeń zdolny, pracowity. I on ma prawo wyboru swojej drogi edukacji, bo to mu gwarantuje konstytucja – jeśli źle wybierze, to będzie szukał swojego miejsca, aż znajdzie.

    Nie ma Pan dzieci w podstawówce, gimnazjum i liceum, więc Pan nie wie, w jakich dzisiaj warunkach dzieci się uczą. Że likwidacja gimnazjów spowodowała zatkanie podstawówek, w których nagle z 6 klas zrobiło się 8 i trzeba było wprowadzać naukę na dwie zmiany, oraz adaptację dodatkowych pomieszczeń, żeby dzieci miały gdzie się uczyć. W szkole moich dzieci piękną świetlicę podzielono i cześć oddzieloną przepierzeniem przeznaczono na salę lekcyjną, a reszta gnieździ się w pozostałej części. O komforcie nauczania w takich warunkach nie wspomnę. I nie wspomnę też o rotacji nauczycieli, wiecznych zastępstwach i wakatach. I to samo będzie w liceach. I to, że koło Pana są tylko zespoły szkół nie znaczy, że jest to regułą.

    Pisze Pan, że samorządy miały czas. No błagam! Bo szkoły buduje się w kilka miesięcy, i to za darmo, jak to drzewiej te 40 lat temu bywało, nauczyciele walą drzwiami i oknami i biją się o miejsce pracy. A tak w ogóle to budynki są jak baloniki i wystarczy raz je nadmuchać a raz spuścić powietrze, żeby upchać nadmiar uczniów lub też ograniczyć miejsce, bo przyszedł mniej liczny rocznik.
    Naprawdę, proszę trochę się wysilić i zorientować w stanie faktycznym, a nie bezkrytycznie wierzyć w to, co tuba propagandowa obecnego rządu głosi.

  11. „W maju samorządowcy z dziesięciu największych miast zrzeszonych w Unii Metropolii Polskich złożyli w Ministerstwie Finansów wezwania do zapłaty ponad 103 mln zł kosztów poniesionych w 2017 r. przez samorząd w związku z dostosowaniem szkół do zmian w oświacie. Za te pieniądze można by budować przedszkola lub domy kultury, można by modernizować placówki służby zdrowia podlegające miastom….” To ile przedszkoli, domów kultury wybudowali oraz ile placówek służby zdrowia zmodernizowali „samorządowcy z dziesięciu największych miast” odpowiednio w latach 2016,2015,2014… gdy nie musieli tych pieniędzy na fanaberie PiSu wydawać? Panu Trzaskowskiemu np. brakuje pieniędzy na przedszkola i domy kultury? Na stertę palet za prawie milion złotych mu nie zabrakło.

  12. pani minister policzyła w pamięci

  13. 1. „placówkach …… często pracujących w systemie zmianowym” Cóż w tym nowego- wszak szkoły średnie uczyły w systemie zmianowym akurat nie „kiedyś”, gdyż akurat „kiedyś” ( w latach osiemdziesiątych i siedemdziesiątych ) tak nie uczyły ( przynajmniej u mnie na prowincji ) tylko za światłych, energicznych i mądrych rządów koalicji SLD-PSL i PO-PSL. Wtedy nie kłuło w oczy?
    2. „…podstawówek dostosowanych do sześciu roczników, które obecnie muszą pomieścić osiem klas” Ile nowych szkół podstawowych wybudowano w latach 1998-2015? Tylko one bowiem były „dostosowane do sześciu roczników”. Wszystkie wybudowane wcześniej były dostosowane do 8 roczników. Te, które budowano po 2015 roku też już winny być do zwiększonej liczby roczników dostosowane.
    3. „O negatywnych konsekwencjach zmiany polegającej na podwyższeniu wieku rozpoczynania edukacji szkolnej (z sześciu do siedmiu lat) …….już nawet nie wspominam” No i proszę nie wspominać. Cóż bowiem na to nauczyciele? Ano to:
    „70 procent nauczycieli uważa, że 6-latki nie powinny jeszcze chodzić do szkoły. 64 procent źle ocenia infrastrukturę szkolną dla rok młodszych dzieci”
    https://edukacja.dziennik.pl/aktualnosci/artykuly/498936,szkola-nauczyciele-uwazaja-ze-poslanie-6-latkow-do-szkol-to-blad.html
    A o prawdziwych powodach próby zagonienia wbrew rozsądkowi,nauczycielom i rodzicom sześciolatków do szkół poinformował ( w chwili słabości? ) Pan Michał Boni obecnie eks-minister:
    „…minister Boni szczerze w końcu oznajmił, że obowiązkowe posłanie sześciolatków do szkół ma za zadanie szybsze ich wprowadzenie na rynek pracy”
    https://www.sosrodzice.pl/szesciolatki-obowiazkowo-do-szkol-a-pieciolatki-do-przedszkoli/

css.php