Strajk nauczycieli?

Czy nauczyciele w Polsce zarabiają za mało? Zdecydowanie tak. Czy mają prawo protestować? Oczywiście. Czy powinni protestować w czasie egzaminów? Tu mam wątpliwości. Czy powinni protestować, akcentując przede wszystkim kwestię podwyżek? To także nie wydaje mi się do końca słuszne, choć rozumiem, że procedura wejścia w spór zbiorowy wymusza formułowanie jednoznacznych żądań.

Jestem przekonana, że nauczyciele powinni dobrze zarabiać. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ich praca jest, po pierwsze, bardzo ważna, a po drugie — wyjątkowo trudna.

Jeśli ktoś wątpi w to pierwsze, niech pomyśli o własnych doświadczeniach z edukacją lub o doświadczeniach swoich dzieci, które spędzają w szkole kilka godzin dziennie. Dobry nauczyciel potrafi uczyć, inspirować, motywować, wspierać, rozwiązywać konflikty. Zły nie dość, że wiele nie nauczy, to jeszcze dużo może popsuć. I w jednym, i w drugim przypadku podejście i umiejętności nauczyciela mają istotne konsekwencje nie tylko dla ucznia, ale także — choć zabrzmi to nieco patetycznie — dla społeczeństwa.

Jeśli ktoś ma wątpliwości dotyczące dużego stopnia trudności pracy nauczyciela, niech spróbuje się wybrać jako opiekun/opiekunka na wycieczkę z uroczymi maluchami z pierwszej klasy lub dorastającymi ósmoklasistami. Nie chodzi wcale o to, że dzieci są „niegrzeczne” czy „źle” się zachowują. Po prostu zajmowanie się nimi to wyjątkowo odpowiedzialna praca wymagająca szeregu kompetencji. Napisałam o „zajmowaniu” się, a to przecież jeszcze nic w porównaniu z przekazywaniem wiedzy i motywowaniem do jej samodzielnego zdobywania, a także nic w porównaniu z dbaniem „o kształtowanie u uczniów postaw moralnych i obywatelskich zgodnie z ideą demokracji, pokoju i przyjaźni między ludźmi różnych narodów, ras i światopoglądów”, co zgodnie z Kartą Nauczyciela także należy do obowiązków pedagogów.

Ile zarabiają nauczyciele?

Nauczyciele w Polsce — niezależnie od tego, na jakim etapie edukacji uczą, i niezależnie od tego, czy dopiero zaczynają pracę, czy też mają 10- lub 15-letni staż — w porównaniu z nauczycielami z większości krajów europejskich zarabiają mało. Jak pokazują dane z 2017 r., przedstawione w raporcie przygotowanym przez Eurydice (sieć informacji o edukacji w Europie), niższe niż w Polsce roczne (ustawowe) wynagrodzenie brutto liczone według tzw. standardu siły nabywczej (czyli umownej waluty, której stosowanie eliminuje wpływ różnic w poziomach cen między państwami) otrzymują jedynie nauczyciele w Bułgarii, Rumunii, na Litwie i Łotwie oraz na Słowacji i Węgrzech. Dane z raportu OECD („Education at a Glance 2018”), które uwzględniają także państwa pozaeuropejskie, pokazują, że pensje nauczycieli w naszym kraju zarówno na początku kariery zawodowej, po 15 latach pracy, jak i maksymalnie (także z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), są minimalnie wyższe od wynagrodzeń nauczycieli z Puerto Rico i ciut niższe od pensji nauczycieli z Brazylii.

Zarobki polskich nauczycieli są niskie nie tylko w porównaniu z pensjami nauczycieli z innych krajów. Są one także niższe niż średnie wynagrodzenie osób z wyższym wykształceniem w Polsce (a niemal wszyscy nauczyciele w naszym kraju mają wykształcenie wyższe). Nauczyciele wychowania przedszkolnego zarabiają 72 proc. średniej pensji osób z wyższym wykształceniem; pedagodzy z podstawówek i liceów — 84 proc., a nauczyciele z wygaszanych gimnazjów — 85 proc.

MEN — podając dane, które mają podważyć tezę o niskich zarobkach nauczycieli — poinformował, że od 2019 r. średnie wynagrodzenie brutto to 3045 zł dla nauczyciela stażysty, 3380 zł dla nauczyciela kontraktowego, 4385 zł dla nauczyciela mianowanego, 5603 zł dla nauczyciela dyplomowanego. Problem w tym, że ministerstwo policzyło wszystkie możliwe dodatki uwzględniane w Karcie Nauczyciela (w tym np. nagrodę jubileuszową, którą można otrzymać jednorazowo po 20, 25, 30, 35 czy 40 latach pracy; dodatek w formie odprawy emerytalnej czy dodatek za warunki pracy, który otrzymują tylko nauczyciele szkół zawodowych, np. górniczych, leśniczych, rolniczych i medycznych). Nie jest więc niczym zaskakującym, że wielu nauczycieli kwestionuje podane kwoty, publikując paski ze swoimi zarobkami, którym daleko do przedstawionych średnich. Patrząc na cytowane wyżej dane porównawcze oraz na udostępniane przez nauczycieli wydruki z informacją o ich wynagrodzeniach, trudno bronić tezy, że nauczyciele w Polsce dobrze zarabiają.

Ile godzin pracują nauczyciele?

Dyskusja na temat zarobków nauczycieli często łączy się z dyskusją na temat ich czasu pracy. Ci, którzy są skłonni przyznać, że nauczyciele zarabiają mało, nierzadko przywołują argument: ale przecież ta grupa zawodowa wyjątkowo krótko pracuje, ponieważ pensum nauczycielskie — według Karty Nauczyciela — wynosi tylko 18 godzin. Ta liczba robi wrażenie i na premierze Mateuszu Morawieckim, który stwierdził, że „nauczyciel ma troszeczkę więcej czasu wolnego [w stosunku] do innych osób pracujących, ale nauczyciel chce więcej zarabiać”, i na części opinii publicznej, która podziela przekonanie, że nauczyciele się lenią podczas roku szkolnego, a dodatkowo w wakacje mają dwa miesiące wolnego.

Problem w tym, że godziny dydaktyczne nie oznaczają całego czasu pracy nauczycieli, którzy według Karty Nauczyciela są także zobowiązani do „przygotowania się do zajęć, samokształcenia i doskonalenia zawodowego” oraz do wykonywania „zajęcia i czynności wynikających z zadań statutowych szkół” (np. prowadzenia zajęć wyrównawczych oraz kółek zainteresowań, spotkań z rodzicami czy przeprowadzania egzaminów).

Autorzy badania realizowanego przez Instytut Badań Edukacyjnych w 2011 i 2012 r. (które do tej pory jest często cytowane i komentowane) wyodrębnili szereg czynności, które są wykonywane przez nauczycieli w ramach pracy. W przypadku pięciu z nich większość badanych zadeklarowała, że zajmuje się nimi podczas „typowego” tygodnia pracy („typowego”, czyli takiego, w którym nie uwzględniano np. wywiadówek, wycieczek, uczestnictwa w kursach doszkalających itp). Oprócz prowadzenia lekcji (czyli owych godzin „przy tablicy”) nauczyciele najczęściej zajmowali się: przygotowywaniem lekcji, przygotowywaniem i prowadzeniem innych zajęć z uczniami (zajęć pozalekcyjnych) oraz sprawdzaniem prac.

Wyniki pokazały, że ankietowani, którzy pracowali w wymiarze całego pensum lub w wymiarze przekraczającym pensum (razem około 80 proc. nauczycieli), na cztery dodatkowe czynności przeznaczali średnio około 18 godzin tygodniowo, czyli mniej więcej drugie tyle, ile na uczenie. Oczywiście, czas pracy nauczycieli był zróżnicowany w zależności od prowadzonego przedmiotu (zdecydowanie najdłużej pracowali nauczyciele polskiego) czy stażu pracy (dłużej pracowali nauczyciele z najdłuższym stażem). Niemniej średnio nauczyciele pracowali 35 godzin tygodniowo*, a dwie trzecie z nich pracowało od 25 do 45 godzin. I, przypomnę, chodzi tylko o godziny dydaktyczne plus cztery czynności wykonywane przez znaczącą większość nauczycieli w ciągu „typowego” tygodnia pracy.

Tak więc stwierdzenie, że nauczyciele mało pracują (i tym można usprawiedliwić ich niskie zarobki) nie jest prawdziwe. W dodatku trzymanie się tej tezy w żaden sposób nie przyczyni się ani do poprawy sytuacji nauczycieli, ani — w szerszej perspektywie — do poprawy sytuacji w oświacie. Jeśli bowiem uznajemy, że do zawodu powinny przychodzić osoby zmotywowane, mające wysokie kompetencje zarówno do uczenia, jak i do pracy z dziećmi i młodzieżą, to jednocześnie musimy przyznać, że oferowane im wynagrodzenia powinny być zachęcające i konkurencyjne.

Strajk?

Czy nauczyciele mają powody do strajku? Moim zdaniem – jak najbardziej tak. Natomiast problemem jest dla mnie jedna z zapowiadanych form protestowania — strajk w czasie egzaminów (ósmoklasistów i gimnazjalistów). Doskonale rozumiem, że pedagodzy, biorąc pod uwagę doświadczenia innych grup zawodowych i radykalne formy ich protestów (ostatni przykład to policjanci masowo biorący zwolnienia, szczególnie w okresie obchodów stulecia niepodległości), nie chcą tym razem ograniczać się do marszów czy wieszania transparentów i plakatów w szkołach. Niemniej, szukając odpowiedniej formy manifestowania sprzeciwu, warto — moim zdaniem — pamiętać o tym, z jak wyjątkową sytuacją mają do czynienia młodzi ludzie kończący w tym roku szkoły podstawowe i gimnazja. Do szkół średnich będzie zdawało ponad dwa razy więcej dzieci niż w poprzednim roczniku. Od czasu wdrożenia w życie deformy ci uczniowie słyszą, jak trudno będzie im się dostać do wybranej szkoły, ósmoklasiści zmagają się z przeciążoną podstawą programową, a ostatni rocznik z „wygaszanych” gimnazjów — ze zmianami nauczycieli.

Jestem jak najdalsza od przypominających szantaż emocjonalny słów sprawczyni tej edukacyjnej katastrofy minister Anny Zalewskiej, która deklaruje, że ma „bardzo duże zaufanie do nauczycieli, którzy nie wyobrażają sobie, żeby po całym cyklu kształcenia, na ostatniej prostej, nie wesprzeć ucznia”, i zapewnia, że „wierzy nauczycielom”. Jednak trzeba pamiętać, że strajk w czasie egzaminów może spowodować zmianę ich terminów (warto podkreślić, że egzaminy ósmoklasistów i gimnazjalistów trwają po trzy dni każdy), a tym samym zmiany w harmonogramach rekrutacyjnych. Jego konsekwencją może być także konieczność przygotowania nowych zestawów testów. Ogólnie — jeszcze większy chaos. Nie potrzeba zdolności profetycznych, żeby założyć, że strajk w czasie egzaminów nie spotka się z aprobatą rodziców.

I ostatnia kwestia: ZNP w ostatnich tygodniach wyraźnie akcentuje przede wszystkim jeden z powodów strajku — niskie płace. Rozumiem, że może to wynikać z proceduralnych wymogów wchodzenia w tzw. spór zbiorowy. Grupa zawodowa, która planuje strajk, powinna kolejno: przedstawić swoje żądania (a zgodnie z ustawą z 1991 r. „przedmiotem sporu zbiorowego mogą być: warunki pracy i płacy, świadczenia socjalne oraz prawa i wolności związkowe”), podjąć rokowania z pracodawcą, mediować i dopiero w ostatnim etapie strajkować. Jest oczywiste, że w żądania przewidziane ustawą trudno wpisać ogólne postulaty dotyczące poprawy systemu i poprawy jakości edukacji. Jest także oczywiste, że na liście żądań nie ma miejsca na krytykę zmian zaaplikowanych przez minister Zalewską.

Ale czym innym są formalne procedury wchodzenia w spór zbiorowy, a czym innym jest sposób komunikowania swoich postulatów opinii publicznej. Tymczasem — moim zdaniem — w przekazach medialnych, a także w przekazach formułowanych przez ZNP** akcentowana jest głównie informacja, że nauczyciele domagają się pieniędzy. Nie widać ani ogólnych postulatów — np. dotyczących niwelowania różnic w dostępie do wysokiej jakości edukacji, ani postulatów bardziej szczegółowych — np. dotyczących przeładowanych, nielogicznie skonstruowanych i anachronicznych podstaw programowych, braku czasu na indywidualną pracę z uczniem, problemów z nadprodukcją „dokumentacji”, problemu braku nauczycieli dla tzw. podwójnego rocznika itp. A przecież ZNP zwracał na to uwagę, punktując nieprzemyślane elementy zmian wprowadzonych przez MEN, organizując protesty nauczycieli (niestety często podzielonych wewnętrznie w zależności od typu szkoły) oraz prowadząc — wspólnie z rodzicami — akcję zbierania podpisów pod wnioskiem obywatelskim o przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum w sprawie reformy edukacji.

Zakładam, że związek ma dużo więcej argumentów dotyczących poprawy sytuacji w oświacie niż podkreślanie kwestii podwyżek i powinien próbować umiejętnie komunikować to opinii publicznej, a przede wszystkim rodzicom, ale także i mniej zaangażowanym (do tej pory) nauczycielom. W przeciwnym wypadku wizerunek roszczeniowych i leniwych nauczycieli — zwłaszcza jeśli działania protestacyjne będą miały formę strajku w czasie egzaminów do szkół średnich — może się tylko umocnić, a chaos w oświacie, będący konsekwencją reformatorskich zapędów pani minister — potęgować.

[Nawiasem mówiąc, minister Anna Zalewska tak udanie zreformowała edukację, że postanowiła opuścić swoje stanowisko i kandydować do Parlamentu Europejskiego].

* Co ciekawe, z cytowanego raportu przebiła się w zasadzie jedna informacja: nauczyciele pracują średnio 47 godzin tygodniowo. Tymczasem autorzy publikacji wyraźnie stwierdzają, że czas pracy nauczycieli jest mocno zróżnicowany i uogólnienia mogą dotyczyć jedynie pięciu wymienionych wyżej czynności, które są udziałem większości nauczycieli w „typowym” tygodniu pracy (i dają średnio 34 godz. 35 min). Ewentualnie do tych czynności można dodać: tworzenie dokumentacji przebiegu nauczania i pracy szkoły (średnio zajmuje nauczycielom 2 godz. 55 min w tygodniu) oraz samokształcenie i doskonalenia zawodowe (1 godz. 50 min). Natomiast jeśli chodzi o kolejne wymienione czynności, które składały się na owe 47 godzin, autorzy badania piszą: „trzeba zaznaczyć, że przy tak małych wartościach błąd oszacowania nie pozwala na dokładne ich określenie”.

** O związkowcach z NSZZ „Solidarność” w zasadzie w ogóle nie ma co wspominać. Przed i po wprowadzeniu deformy ich głos nie był słyszalny. Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania w maju 2018 r. organizowała konferencje prasowe, na których postulowano odwołanie minister Anny Zalewskiej ze względu na prowadzenie przez nią „pozorowanego dialogu”; w listopadzie 2018 r. przyłączyła się do „walki o godne płace” (ale na poziomie ogólnopolskim „walczy” oddzielnie od ZNP), a dopiero od drugiej połowy lutego 2019 r. postanowiła namawiać swoich członków do rozpoczęcia procedury wchodzenia w spór zbiorowy. Przypomnę tylko, że minister Zalewska ogłosiła likwidację gimnazjów w czerwcu 2016 r., a reforma weszła w życie 1 września 2017 r.

Zdjęcie ze strony Związku Nauczycielstwa Polskiego