Nic się nie stało…

Mimo łamania konstytucji, rozmontowania Trybunału Konstytucyjnego oraz systemu sądownictwa; mimo przeforsowania zmian mających ewidentnie negatywne skutki dla obywateli (np. ustawy o ziemi, deformy edukacyjnej, stopniowego ograniczania praw reprodukcyjnych kobiet); mimo czystek w spółkach skarbu państwa oraz instytucjach publicznych, w tym w mediach, prokuraturze, wojsku oraz innych służbach i obsadzania co bardziej atrakcyjnych posad według zasady „mierny, ale wierny”; mimo nieudolnego zarządzania (skutkującego np. problemami z wypłatą dopłat dla rolników); mimo niszczenia przyrody (lex Szyszko, wycinka Puszczy); mimo ośmieszania Polski za granicą (które przewrotnie nazywane jest „wstawaniem z kolan”) – mimo tego wszystkiego… poparcie dla PiS nie spada. A jeśli spada, to niewiele i nie na długo. Dlaczego?

Najczęściej podawanym wytłumaczeniem jest program 500 plus. W dyskusjach na ten temat można usłyszeć, że „Polacy sprzedali wolność i demokrację za 500 złotych”, że „dali się uwieść”, że to „największa łapówka”, że obawa przed zabraniem świadczenia zapewni PiS władzę na dłużej niż jedną kadencję. I choć z pewnością otrzymywanie co miesiąc 500 złotych lub ich wielokrotności może pozytywnie nastrajać do rządzących, którzy zaproponowali tego rodzaju wsparcie, to jednak mam wrażenie, że to zdecydowanie za mało, aby tłumaczyć brak spadku poparcia dla PiS. Z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze – beneficjentów tego programu wcale nie ma tak wielu. Jak podaje MPiPS (dane z końca maja 2017 r.), programem jest objętych 58 proc. wszystkich dzieci do 18 lat. Prosta matematyka pokazuje, że 42 proc. mieszkających w Polsce dzieci wsparcia nie dostaje. A przecież oprócz rodzin, w których są dzieci, jest duża liczba gospodarstw domowych (według danych OECD z 2015 r. – 61 proc. wśród wszystkich gospodarstw domowych), w których nie mieszkają dzieci do 18. roku życia. Jak widać, zasięg programu wcale nie jest tak duży, jak to się powszechnie wydaje.

Po drugie – choć, jak pokazują badania CBOS z 2017 r., poparcie dla programu jest wysokie i wynosi 77 proc., to gdy przyjrzymy się opiniom dokładniej, społeczna aprobata dla programu nie jest już taka oczywista (więcej na ten temat: tu).

Tak więc choć argument o „sprzedaniu Polski za 500 złotych” jest wygodny, szczególnie dla osób niepobierających świadczenia, to jednocześnie jest niewystarczający, żeby wyjaśnić poziom poparcia dla rządzących. Muszą być także inne przyczyny. Podaję pod dyskusję trzy hipotezy.

Mnie to nie dotyczy, polityką się nie interesuję

Zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, sądownictwie i prokuraturze czy sytuacja w służbie cywilnej to dla wielu osób abstrakcja (są przekonani, że ich to nie dotyczy, a skoro nie dotyczy, to także nie obchodzi) albo kwestia czysto polityczna, czyli po prostu gierki lub wojenki polityków. Tymczasem stosunek Polaków zarówno do samej polityki, jak i do działających w niej polityków (poza poziomem samorządowców, którzy postrzegani są bardziej jako urzędnicy – czasami nawet znajomi, „nasi” urzędnicy niż „abstrakcyjni” politycy z telewizji) jest mocno negatywny. Polityka to brudna gra lub nawet więcej – krwawa walka i ogólnie szkoda czasu, żeby się nią zajmować.

Wiele osób nie dostrzega związków między ich życiem osobistym a tym, co robią politycy, a nawet tym, jaki ustrój panuje w kraju. W sondażach prowadzonych przez CBOS od 1992 r. na pytanie: „Czy zgadza się Pan(i) ze stwierdzeniem, że dla ludzi takich jak Pan(i) nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, czy rządy są demokratyczne czy niedemokratyczne?”, odsetek odpowiedzi pozytywnych najczęściej* oscylował w okolicy 40 proc., a w grudniu 2005 r. – rząd Kazimierza Marcinkiewicza – wzrósł nawet do 50 proc.

W badaniach rodzin, które niedawno realizowałam, respondenci byli proszeni o opisanie swojej rodziny i otaczających ją instytucji społecznych oraz osób, które mają na nią wpływ. Często pojawiali się dziadkowie, babcie i teściowe, rzadziej przedszkole, szkoła czy służba zdrowia, a jeszcze rzadziej – Kościół i politycy. Przekonanie, że nasza rodzina jest samotną wyspą na „oceanie próżni społecznej” – by sięgnąć po dość niewyszukaną metaforę – nie jest rzadkie. A konsekwencją takiego podejścia jest pogląd, że przede wszystkim musimy radzić sobie sami (ewentualnie ze wsparciem rodziny), a działania polityków mało nas dotyczą. A skoro mało dotyczą, to i mało obchodzą.

Reguły są po to, żeby je łamać, a instytucjom nie można wierzyć

Funkcjonowanie demokracji zasadza się na umowie społecznej zawartej między obywatelami a państwem i jego przedstawicielami – umowie polegającej na przestrzeganiu reguł (od konstytucji do prawa skarbowego) oraz uznawaniu, że pewne instytucje (czy to będą sąd, prokuratura, czy administracja publiczna) działają – a przynajmniej starają się działać – w sposób kompetentny, obiektywny (stosując te same zasady w stosunku do wszystkich) i zgodny z prawem. Demokracja – w przeciwieństwie do dyktatury – nie może działać, jeśli obywatele w nią, w jej instytucje i we wpisane w nie procedury nie wierzą.

Tymczasem nie od dziś powszechne jest w Polsce przekonanie, że ta umowa nie działa, co więcej – że ona nie ma sensu, bo zasady są po to, żeby je łamać (ich przestrzeganie to raczej frajerstwo niż wypełnianie obowiązków obywatela), a instytucjom i tak nie można ufać. Dla osób, które tak myślą, to, co robi obecnie władza, nie jest niczym dziwnym. przeciwnie – jest to  całkiem „normalne” i jako takie nie wywołuje sprzeciwu. W końcu rządzący robią tylko to samo, co dobrze znamy, często z autopsji.

Podziw – tak dużo robią, tak szybko działają

Dla PiS, rozpędzonego we wprowadzaniu zmian, nie istnieją słowa „nie da się” – „nie da się” sensownie zmienić systemu edukacji w jeden rok (jak się nie da? minister Zalewska niczym huragan jest w stanie zmienić wszystko: od sytemu szkolnego, przez podstawę programową, do wymiany tabliczek – „szkoła branżowa” na „szkoła zawodowa”); „nie da się” ekspresowo uchwalać dobrego prawa (jak się nie da? wystarczy to robić w nocy, a że będzie to prawo łamiące konstytucję i będą to legislacyjne buble, to już inna kwestia); „nie da się” rozciągnąć budżetu w nieskończoność (jak się nie da? premier ma prostą radę: „wystarczy nie kraść”).

Partia, a tym samym rząd i parlament, działa tak, jakby dało się zrobić wszystko i co więcej – z niczego nie trzeba się było tłumaczyć. I nie brakuje osób, którym właśnie to się podoba. Sens wprowadzanych zmian staje się drugorzędny, chodzi o to, że „wreszcie działają”, że władza „rządzi”, czyli robi to, do czego jest powołana. A że przy okazji zaczyna rządzić autorytarne – to mniej istotne.

Oczekiwanie „rządów silnej ręki” nigdy nie było w Polsce małe – procent osób zgadzających się ze stwierdzeniem „niekiedy rządy niedemokratyczne mogą być bardziej pożądane niż rządy demokratyczne?” – według sondaży prowadzonych przez CBOS od początku lat 90. zawsze przekraczał 30 proc.** (W badaniach realizowanych między 1992 a 2006 r. grupa respondentów popierających to twierdzenie – oprócz dwóch sondaży – zawsze była większa niż osób mających przeciwne zdanie, a w grudniu 2005 r. 52 proc. respondentów podpisywało się pod tym zdaniem). PiS, rządząc „twardą ręką”, doskonale realizuje oczekiwania społeczne i akceptację dla rządów niedemokratycznych.

***

Co może spowodować, że poparcie dla PiS spadnie?

Alternatywna i atrakcyjna propozycja sformułowana przez opozycję? Na to, na chwilę obecną, trudno liczyć.

Konsekwencje rządów PiS, które przełożą się bezpośrednio na sytuację finansową obywateli (np. wskutek wprowadzenia opłaty paliwowej, obowiązkowego abonamentu telewizyjnego, nowego prawa wodnego)? Być może.

Konsekwencje wprowadzenia zmian w systemie służby zdrowia oraz w edukacji? Być może.

A może buta władzy we wprowadzaniu rządów jednego „zwykłego posła” będzie tak duża, że w końcu coraz więcej osób uzna, że jednak coś się stało? Tak, to dość naiwne oczekiwanie.