Program socjalny według PiS

Premier Beata Szydło często podkreśla, że rząd PiS realizuje program „zwykłych Polaków”, który będąc „wielkim planem godnościowym”, ma na celu „wyrównywanie szans i niwelowanie różnic”. Sztandarowe elementy polityki socjalnej, które mają doprowadzić do urzeczywistnienia tego założenia, to: program 500+ oraz podniesienie płacy minimalnej. Jednocześnie jednak wprowadzane są rozwiązania, których konsekwencje będą odwrotne od deklarowanych – NIE wyrównają szans i NIE zniwelują różnic. Przeciwnie – zwiększą je, pogarszając sytuację osób, które z różnych względów i tak mają gorzej.

Spójrzmy na cztery przykłady i cztery odmienne grupy społeczne, których sytuacja – i tak już trudna – na skutek działań rządu PiS z pewnością nie ulegnie poprawie.

1) Ofiary przemocy domowej

Według statystyk policyjnych (za rok 2016) 72 proc. osób doświadczających przemocy domowej to kobiety, 15 proc. – dzieci („małoletni”, w przypadku których nie ma informacji o płci), 13 proc. – mężczyźni; w ponad 90 proc. przypadków podejrzanymi o stosowanie przemocy domowej są mężczyźni. Według danych przedstawionych w publikacji „Przemoc wobec kobiet w Polsce. Aspekty prawno-kryminologiczne” autorstwa prof. Beaty Gruszczyńskiej z Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości co roku na skutek przemocy domowej w Polsce traci życie ok. 150 kobiet. Są to dane z 2007 r. Centrum Praw Kobiet w raporcie z 2013 r. szacuje, że ofiar jest więcej – nawet 400-500 kobiet*.

Co w sprawie przeciwdziałania przemocy w rodzinie zrobiła partia rządząca? Ministerstwo Sprawiedliwości dwa razy odmówiło dofinansowania dla Centrum Praw Kobiet, działającej od ponad 20 lat organizacji zajmującej się pomocą dla ofiar przemocy. Powód? CPK „zawęża pomoc tylko do określonej grupy pokrzywdzonych” – do… kobiet, co zdaniem ministerstwa nie jest działaniem „kompleksowym” i może być uznane za dyskryminujące.

Trudno o bardziej kuriozalne tłumaczenie. CPK to niejedyna organizacja angażująca się w pomoc na rzecz ofiar przemocy domowej, która nie dostała dofinansowania z budżetu państwa. W podobnej sytuacji znalazły się m.in. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, której celem jest „ochrona najmłodszych przed krzywdzeniem, a także zminimalizowanie konsekwencji, jakie niesie ze sobą doświadczenie przemocy”, oraz Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”, które ze względu na brak funduszy od stycznia 2017 r. wyłączyło stacjonarny numer poradni telefonicznej.

Jak jeszcze rządzący pomagają ofiarom przemocy domowej? Proponując – a po fali krytyki szybko wycofując się z tej propozycji – wypowiedzenie Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu wobec kobiet i przemocy w rodzinie, którą Polska ratyfikowała w 2015 r. W grudniu 2016 r. minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska tłumaczyła: „Byliśmy jej [Konwencji] od początku przeciwni. Szereg wyrażonych w niej poglądów i rozwiązań kłóciło się z naszymi poglądami, np. zapisy związane z kulturowym widzeniem płci. Dla mnie płeć jest kategorią biologiczną, a nie kulturową”, a Adam Lipiński pełniący funkcję pełnomocnika rządu ds. równego traktowania wysłał pismo do Rzecznika Praw Obywatelskich z informacją o przygotowaniu w Ministerstwie Sprawiedliwości projektu wniosku o wypowiedzenie Konwencji.

Później te informacje zdementowano, a Lipiński stwierdził, że rząd już się sprawą nie zajmuje.

Oburzając się na zapis o płci społeczno-kulturowej (słynny gender), przeciwnicy konwencji ignorują fakt, że jest to przede wszystkim dokument, którego przyjęcie wymaga od ratyfikującego kraju wprowadzenia szeregu konkretnych rozwiązań mających na celu przeciwdziałanie przemocy domowej, w tym np. stosowania skutecznej izolacji sprawców przemocy od osób pokrzywdzonych; podjęcia działań na rzecz sprawnego i zdecydowanego ścigania i karanie sprawców przemocy; prowadzenia rozbudowanych i skutecznych działań profilaktycznych oraz zapewnienia odpowiedniej do potrzeb liczby schronisk i ośrodków specjalistycznych dla ofiar przemocy domowej.

Nie tylko kobiety, które doświadczają przemocy domowej, ale ogólnie kobiety – szczególnie w wieku prokreacyjnym – są grupą, na rzecz której rządzący podejmują szkodliwe działania. Przoduje w tym minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Przykładów jest kilka: od braku budżetowego dofinansowania dla programu in vitro, przez zawieszenie standardów opieki okołoporodowej, po przywrócenie recept na tzw. pigułki dzień po, czyli na antykoncepcję awaryjną**. Trzeba jeszcze dodać: próby zaostrzenia prawa aborcyjnego, choć w tym przypadku to nie rząd jest oficjalnym wnioskodawcą.

Rządzący zdają się nie dostrzegać, że osoby w dobrej sytuacji finansowej będzie stać i na in vitro, i na zapłacenie za godną opiekę w czasie porodu, i na przeprowadzenie zabiegu aborcji. Natomiast wprowadzane zmiany najbardziej uderzą w kobiety, które nie będą mogły „zapłacić”.

2) Dzieci, które najbardziej ucierpią na deformie edukacji

Minister edukacji Anna Zalewska nieustannie i z rozbrajającym uśmiechem zapewnia, że na katastrofie w edukacji – zwanej przewrotnie reformą – wszyscy skorzystają: i niedouczeni uczniowie, którym „luki w programie wypełni życie pozaszkolne”, i zwalniani nauczyciele czy pracownicy administracji szkolnej, i samorządy, które zawieszając wydatki na inne cele, będą realizować deformę.

To piękna wizja, niestety zupełnie nierealna. Na edukacyjnej hucpie nikt nie zyska (może oprócz wydawców podręczników), a grupą, która straci najwięcej będą dzieci, które i tak są już w trudniejszej sytuacji, ponieważ wychowują się rodzinach o niższym statusie społeczno-ekonomicznym.

Po pierwsze – na skutek podniesienia wieku rozpoczęcia edukacji szkolnej dzieci o rok później rozpoczną naukę. Autorzy listu otwartego do premier Beaty Szydło z Zespołu Pedagogiki Społecznej przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN stwierdzają jednoznacznie: „Cofnięcie ustawy o obowiązku szkolnym sześciolatków to niemoralne, cyniczne tworzenie mechanizmów wykluczania i marginalizowania młodego pokolenia małych Polaków na samym progu drogi życiowej. To budowanie społeczeństwa nierówności, bo przecież to wykształcenie określa los człowieka. Projekt obecnego rządu rujnuje ideę wyrównywania szans dostępu i udziału dla polskiego dziecka. Jest negacją idei cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju w  wymiarze pokoleniowym”.

Po drugie – ponieważ o rok skrócony zostanie okres edukacji ogólnej, o rok wcześniej młodzi ludzie i ich rodzice będą musieli podjąć trudną decyzję o wyborze liceum, technikum lub szkoły branżowej – a w przypadku dwóch ostatnich trzeba będzie wybrać także specjalizację. To z dużym prawdopodobieństwem zaważy nie tylko na przyszłości edukacyjnej, ale i zawodowej uczniów. Gdy komuś w podstawówce szło gorzej, a nie będzie mu dana szansa „rozpoczęcia od nowa” w gimnazjum, z dużym prawdopodobieństwem trafi do szkoły branżowej – inna opcja może mu nawet nie przyjść do głowy.

Ogólnie: uczniowie, którzy z różnych przyczyn na początku kariery edukacyjnej nie radzą sobie najlepiej – przypisana została im łatka „łobuza”, „ucznia o ograniczonych możliwościach”, „wprawdzie zdolnego, ale lenia” – lub nie odnajdą się w grupie koleżanek i kolegów (a nie zdecydują się na zmianę szkoły), z tą opinią będą się zmagać przez osiem lat, do końca edukacji na poziomie ogólnym. Nie będą mieli szans na zmianę środowiska i na rozpoczęcie wszystkiego „od początku” w gimnazjum.

Likwidacja gimnazjów wygeneruje także dla rodzin gorzej sytuowanych i mieszkających na wsi oraz w małych miastach dodatkowe obciążenie finansowe związane np. z dojazdem do szkół – rodzice o rok wcześniej będą musieli ponosić koszty transportu dzieci. (Bezpłatny transport do szkół podstawowych i gimnazjów zapewniały gminy).

Krótko mówiąc, gorzej będą mieli ci, którzy i tak nie mają łatwo. I nic tu nie pomogą zapewnienia pani minister: „Tydzień po tym, jak zostałam ministrem, przystąpiłam do uwalniania rodziców od trosk”. Niestety, działania Anny Zalewskiej przede wszystkim wygenerują rodzicielskie „troski”.

Rodzice dobrze sytuowani zapłacą za edukację w szkołach prywatnych, a jeśli będzie trzeba, zapłacą za korepetycje – może to miała na myśli pani minister, mówiąc o „lukach w programie, które wypełni edukacja pozaszkolna”? Rodzice, którzy nie dysponują kapitałem ekonomicznym, ale są dobrze wykształceni, także będą w stanie pomóc swoim dzieciom w edukacji. Różnice między sytuacją dzieci z rodzin o różnym statusie społeczno-ekonomicznym tylko się pogłębią.

[Więcej na temat skutków deformy edukacji tu].

3) Dzieci, które w Polsce nie znajdują rodzin chcących je adoptować

Na początku 2017 r. Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej odebrało prawo do prowadzenia adopcji międzynarodowych Krajowemu Ośrodkowi Adopcyjnemu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci (działającemu od 27 lat) oraz Wojewódzkiemu Ośrodkowi Adopcyjnemu w Warszawie. Od tego roku tego typu przysposobieniami zajmować się będą jedynie dwie katolickie placówki.

Tym samym szanse dzieci, dla których w Polsce nie udaje się znaleźć rodziców adopcyjnych – ze względu na ich chorobę, dysfunkcje, trudne doświadczenia, np. molestowania seksualnego, czy po prostu ze względu na wiek (są „za stare”) – znacząco spadły. A to wszystko ze względu na misję, którą najwyraźniej przyjmuje MRPiPS, zgodnie z którą polscy obywatele „nie będą wysyłani za granicę”. Niszczenie programu adopcji zagranicznych to szczególnie okrutny przykład ograniczania szans dzieci – i to tych, które są w wyjątkowo trudnej sytuacji.

[Więcej na ten temat pisałam: tu]

4) Starsi ludzie potrzebujący opieki szpitalnej

Na początku tygodnia rząd przyjął projekt tzw. ustawy o sieci szpitali. Jedną z konsekwencji planowanych zmian będzie ograniczenie – i tak niewielkiej – liczby miejsc geriatrycznych. Jak pisze Judyta Wadoła: „W projekcie wymienione są dziesiątki specjalności, których posiadanie umożliwia szpitalom wejście do sieci i otrzymanie ryczałtu na leczenie. Geriatria nie jest w nim wspomniana ani razu. Ryczałt na nią dostaną więc tylko te szpitale, które otrzymają z góry pieniądze na wszystkie oddziały. To instytuty, szpitale podległe ministerstwom, szpitale kliniczne oraz największe szpitale wojewódzkie. Jednak większość oddziałów geriatrycznych jest w mniejszych szpitalach, które ryczałtu nie dostaną”.

Na tym przykładzie po raz kolejny doskonale widać, jak pokrętnie rozumiane jest przez rządzących „wyrównywanie szans i niwelowanie różnic”. Osoby w dobrej sytuacji finansowej będzie stać na opłacenie opieki dla osób starszych. Mniej zamożni będą mieli problem.

Premier Beata Szydło w expose zapewniała: „Zdecydowanie odrzucamy tezę, która ciąży nad nami od dwudziestu pięciu lat, że w sprawach odnoszących się do interesów społeczeństwa, szczególnie jego gorzej materialnie sytuowanej części, nic nie da się zrobić. Da się”. Z pewnością się da, pytanie: czy „ludzkim panom” (i paniom) z PiS rzeczywiście na tym zależy?

*Podanie dokładnej liczby jest niemożliwe ze względu na sposób klasyfikowania przestępstw. Zostało to szczegółowo opisane w raporcie „Wymiar sprawiedliwości w sprawach o zabójstwa na tle przemocy w rodzinie”.

**Minister Radziwiłł stwierdził: „Jako lekarz nie przepisałbym pacjentce pigułki <<dzień po>>. Nawet zgwałconej. Skorzystałbym z klauzuli sumienia”. Czyżby minister-lekarz nie wiedział, że nie jest to środek wczesnoporonny?