Skutki deformy edukacji

Wydaje się coraz pewniejsze, że destrukcyjnych działań minister Zalewskiej nic nie zatrzyma: ani sprzeciw nauczycieli oraz rodziców, ani opinie ekspertów, ani głos samorządowców, szacujących koszty edukacyjnej rewolucji, ani nawet brak podstaw programowych (jest koniec listopada 2016 roku, wciąż nie wiadomo, czego mają się uczyć dzieci od początku września 2017). Być może – ale to tylko hipoteza – jedyną szansą na zastopowanie niszczycielskich poczynań pani minister byłaby ogólnopolska akcja protestacyjna. Tylko czy znajdą się chętni, żeby w niej uczestniczyć?

Stanie się tak tylko wtedy, jeśli więcej osób – przede wszystkim rodziców – dostrzeże, że proponowana destrukcja systemu edukacji będzie bezpośrednio dotyczyła ich dzieci. I to także wtedy, jeśli nie należą one do najbardziej pechowego „podwójnego rocznika”, czyli grupy młodych ludzi, który po trzeciej klasie gimnazjum i ósmej klasie szkoły podstawowej spotkają się w rywalizacji o miejsca w szkołach średnich.

Niszczenie systemu odczują rodzice i dzieci w wieku przedszkolnym, dla których zabraknie miejsc w placówkach, bo wrócą do nich sześciolatki, które nie pójdą do pierwszej klasy i które jednocześnie nie będą mogły korzystać z oddziałów przedszkolnych przy szkołach, bo na takie oddziały w przepełnionych ośmioklasowych podstawówkach nie będzie miejsca.

Skutki deformy poznają rodzice i dzieci w wieku wczesnoszkolnym, które zaczną naukę według nieznanych jeszcze podstaw programowych i z wciąż nienapisanych podręczników. Jeśli przyszli uczniowie mają jakieś szczególne umiejętności i razem z rodzicami planowali rozpoczęcie edukacji np. w klasach sportowych, to niestety może się to nie udać. Niektóre sportowe podstawówki już ogłosiły, że jeśli reforma wejdzie w życie, nie otworzą naboru do pierwszych klas sportowych, bo szkoły, szykując się na „upchnięcie” klas siódmych i ósmych, nie będą w stanie prowadzić tylu oddziałów klas pierwszych co w poprzednich latach. (Nie jest niczym zaskakującym, że dziecko uzdolnione sportowo, które rozpocznie treningi dopiero od czwartej klasy, będzie miało mniejsze szanse na sukces, niż gdyby zaczęło trenować już od klasy pierwszej).

Efekty destrukcji systemu edukacji odczują wszyscy uczniowie stłoczeni w szkołach podstawowych, w których zamiast sześciu roczników będą się uczyć uczniowie na ośmiu poziomach. Nauka na zmiany? WF na korytarzu? Przepełnione świetlice? Obiady połykane przez uczniów w biegu, bo czeka kolejna klasa? Brzmi znajomo? Będzie znajome jeszcze bardziej. Oczywiście może się tak zdarzyć, że szkoła, pękając w szwach, przeniesie kilka klas do budynku po gimnazjum. Wtedy z pewnością będzie więcej przestrzeni, ale będzie też zamieszanie związane ze zmianą miejsca (a pewnie i zmianą nauczycieli) już po czwartej lub piątej klasie.

Skutki ambitnych planów pani minister odczują wszystkie dzieci, które ucząc się z nowych podstaw programowych, poznają wprawdzie – jak zapewnia prezydent – „prawdziwą historię, w której wiadomo, kto był zdrajcą”, za to wiedzę z zakresu fizyki, chemii czy biologii (przedmiotów, w przypadku których liczbę godzin w całym cyklu edukacji ogólnej zmniejszono) będą zgłębiać w zredukowanym zakresie.

Konsekwencje zmian odczują uczniowie, którzy we wrześniu 2016 roku rozpoczęli edukację w gimnazjach, a w kolejnych dwóch latach będą ostatnimi klasami w „wygaszanych” szkołach. Szansa na to, że najlepsi nauczyciele zostaną z nimi „do końca” – zamiast szukać pewniejszego zatrudnienia w podstawówkach czy szkołach ponadpodstawowych – jest niewielka. A gdy młodzi ludzie skończą gimnazja (jako ostatni rocznik, „gasząc w nich światło”) i zaczną edukację w liceach, to będą się uczyć (przez 3 lata) według innej podstawy programowej i innych podręczników niż ich koleżanki i koledzy, którzy skończą podstawówki (i w LO zostaną przez 4 lata). Zamieszanie, chaos? Dla pani minister to żaden problem.

Efektów zmian – tu akurat nie chodzi bezpośrednio o wygaszanie gimnazjów – doświadczą także rodzice decydujący się na edukację domową. Autorzy zespołu ds. edukacji domowej powołanego przez MEN napisali w opinii do ustawy: „Zaproponowane przez MEN w projekcie nowej ustawy – Prawo Oświatowe zapisy budzą nasz stanowczy sprzeciw. Jeśli wejdą w życie, to zdecydowanie utrudnią one edukację domową w wielu rodzinach korzystających z tej formy nauki”. Postulaty zespołu nie zostały wzięte pod uwagę w wersji ustawy, którą skierowano do prac w Sejmie.

Najbardziej niepokojące jest to, że negatywne konsekwencje rewolucji edukacyjnej szczególnie mocno wpłyną na sytuację dzieci pochodzące z rodzin o niższym statusie społeczno-ekonomicznym. O rok skrócony zostanie okres edukacji ogólnej i o rok wcześniej trzeba będzie podjąć decyzję (o wyborze liceum, technikum lub szkoły branżowej – a w przypadku dwóch ostatnich trzeba będzie wybrać także specjalizację), która z dużym prawdopodobieństwem zaważy nie tylko na przyszłości edukacyjnej, ale i zawodowej uczniów. Likwidacja gimnazjów dla rodzin gorzej sytuowanych i mieszkających na wsi oraz w małych miastach wygeneruje koszty związane np. z dojazdem do szkół – rodzice o rok będą musieli ponosić koszty* transportu dzieci do szkół ponadpodstawowych. (Bezpłatny transport do szkół podstawowych i gimnazjów zapewniają gminy). Krótko mówiąc, gorzej będą mieli ci, którzy i tak nie mają łatwo.

Efektów niszczenia systemu edukacji doświadczą także uczniowie, którzy z różnych przyczyn na początku kariery edukacyjnej nie radzą sobie najlepiej – jeśli będą mieli to nieszczęście, że przypisana zostanie im łatka „łobuza”, „ucznia o ograniczonych możliwościach”, „wprawdzie zdolnego, ale lenia”, jeśli nie odnajdą się w grupie koleżanek i kolegów – a nie zdecydują się na zmianę szkoły – z tą „opinią” będą się zmagać przez osiem lat, do końca edukacji na poziomie ogólnym. Nie będą mieli szans na zmianę środowiska i na rozpoczęcie wszystkiego „od początku” w gimnazjum.

Skutki deformy odczują także rodzice i dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi – o rok lub dwa lata wcześniej wypadną z systemu edukacji. W wielu przypadkach oznacza to, że dzieci „wcześniej utkną w czterech ścianach”, jak mówią ich rodzice.

Przypomnę, że jeden z „argumentów” za likwidacją gimnazjów, na który powoływała się minister Zalewska, brzmiał: „Wprowadzenie gimnazjów i przedłużenie o rok nauki według tego samego programu nie zaowocowało wyrównaniem osiągnięć szkolnych młodzieży z różnych środowisk”. (Wyniki badań edukacyjnych nie potwierdzają tej tezy). Tymczasem jednym z najbardziej niepokojących efektów deformy będzie właśnie pogłębianie różnic w dostępie do wysokiej jakości edukacji i pogarszanie sytuacji dzieci, którym z różnych powodów już na „wejściu” do systemu edukacji jest trudniej.

Wreszcie: skutki rozmontowania systemu poznają nawet te osoby, które w ogóle nie mają dzieci lub których dzieci dawno już skończyły edukację – skutki tego zamieszania odczujemy wszyscy. Nie będę pisać o konsekwencjach wprowadzania tych nieprzemyślanych zmian dla całego społeczeństwa i sięgać do nieco patetycznego cytatu: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. W tych ponurych czasach tego typu argumenty nie są w modzie. Wspomnę tylko o… pieniądzach. Deformę trzeba sfinansować. Uśmiech pani minister, którym tak szczodrze obdarza otoczenie, to niewystarczająca waluta. Koszty poniosą samorządy. Budżety samorządowe pochodzą podatków płaconych przez mieszkańców oraz przez firmy działające na terenie gmin, a także z subwencji i dotacji z budżetu państwa. Tak czy siak są to pieniądze podatników, czyli nasze. (Na przykład w Warszawie koszt tej niczym nieuzasadnionej destrukcji w edukacji szacuje się na 200 mln, we Wrocławiu – na 100 mln, w Szczecinie – na 36 mln. Te pieniądze można by wydać na sensowne działania i inwestycje).

Na koniec jeszcze uwaga, tym razem na temat argumentów podawanych przez zwolenników deformy. Przeglądając pobieżnie wpisy pod artykułami na temat planowanych zmian (i nie chodzi tylko o artykuły publikowane w mediach przychylnych „dobrej zmianie”), odnalazłam trzy najczęściej powtarzające się sposoby uzasadniania, że reforma jest dobra. Żaden z nich nie odnosi się merytorycznie do planowanych zmian.

Po pierwsze – w wielu komentarzach pojawia się motyw: jak wprowadzano gimnazja, to też protestowano (i to w dodatku, tak jak dzisiaj, protestował ZNP), a w gazetach ukazywały się krytyczne teksty wobec reformy. To zadziwiający argument. Takie stawianie sprawy całkowicie zawiesza jakąkolwiek merytoryczną debatę o planowanej deformie, a jedynie ma zdeprecjonować osoby i organizacje, które negatywnie oceniają zmiany. To argument typu: ci, co teraz krytykują, w przeszłości też krytykowali, pewnie zawsze będą krytykować, czyli ogólnie nie ma się czym przejmować.

Po drugie – często pojawia się wątek: „przecież wszyscy kończyliśmy ośmioletnie podstawówki i wyszliśmy na ludzi”. To argument z cyklu: kiedyś byliśmy piękni i młodzi, i w ogóle świat być fajniejszy. Albo: kiedyś ludzie myli się tylko raz w miesiącu i też było dobrze. Albo: kiedyś nie zapinaliśmy pasów w samochodach i przecież większość przeżyła. Znów nie ma merytorycznych odniesień do konsekwencji deformy, a jedynie manifestowanie sentymentu do czasów dzieciństwa i młodości, przy jednoczesnym ignorowaniu faktu, że rzeczywistość społeczna ciut jednak się zmieniła. (Dodam jeszcze, że założenie, iż „wyszliśmy na ludzi”, kończąc podstawówki, bynajmniej nie świadczy o tym, że tamten system był dobry, bo przecież nie wiemy, jak bardzo „wyszlibyśmy na ludzi”, chodząc do gimnazjów).

Po trzecie – przywoływany jest „argument”, który opiera się na przekonaniu, że skutki deformy odczują tylko nauczyciele i to oni protestują, obawiając się zwolnienia z pracy. A używając nieco innych słów: protestują, bo boją się o „swoje stołki”, „swoje ciepłe posadki”, „swoje komfortowe osiemnastogodzinne pensum w tygodniu”. Tymczasem ani nie jest prawdą, że przeciwko reformie edukacji opowiadają się przede wszystkim nauczyciele** i że to głównie oni protestują (niżej zamieszczam pytania z listu do pani minister napisanego przez rodziców działających w „Rodzice przeciwko reformie edukacji”, „Inicjatywa rodziców zatrzymać edukoszmar” oraz „Szkoła to nie eksperyment”, warto także zapoznać się z Listem otwartym napisanym przez Joannę Szulc, podpisywanym przez rodziców, nauczycieli i inne osoby zainteresowane edukacją w Polsce), ani to, że tylko nauczyciele doświadczą następstw tej edukacyjnej hucpy. Jak pokazywałam wyżej, wszyscy odczujemy konsekwencje działań minister Zalewskiej i nie będzie tak, że „wszystko się ułoży” po pierwszym roku zamieszania.

*Nie zmieni się tylko finansowanie dojazdu dla uczniów niepełnosprawnych.

**Wyniki sondażu realizowanego między 18-25 listopada przez Millward Brown dla RMF FM pokazują, że 42 proc. badanych jest przeciwko planowanej reformie, 39 proc. respondentów ją popiera, 15 proc. nie ma zdania w tej sprawie. Wśród młodszych badanych (w przedziale wiekowym od 18. do 44. roku życia) jest więcej przeciwników niż zwolenników deformy.

[Rysunek: Andrzej Rysuje]

Fragment listu do pani minister Anny Zalewskiej napisany przez rodziców działających w „Rodzice przeciwko reformie edukacji”, „Inicjatywa rodziców zatrzymać edukoszmar” oraz „Szkoła to nie eksperyment”:

W trosce o dobro naszych dzieci stawiamy pytania:
– jakie jest merytoryczne uzasadnienie planowanych zmian i czym spowodowane jest tak nieprawdopodobne tempo ich wprowadzania?
– dlaczego zmiany w strukturze systemu oświaty wprowadzane są przed powstaniem podstaw programowych?
– dlaczego tak poważna reforma wprowadzana jest w środku cyklu edukacyjnego?
– czym uzasadnione jest, wbrew trendom krajów rozwiniętych, skracanie obowiązku szkolnego do ośmiu lat?
– jak ministerstwo zamierza rozwiązać problem kumulacji roczników w 2019 roku?
– jak ministerstwo zamierza rozwiązać problem przepełnionych szkół podstawowych, gdzie pozostawienie kolejnych roczników spowoduje naukę w systemie wielozmianowym?
– dlaczego zmniejszeniu ulegnie liczba godzin przedmiotów przyrodniczych?
– jakie uzasadnienie ma przenoszenie części dzieci na dwa lata do budynków gimnazjów?
– jak zamierzają Państwo rozwiązać problem oddziałów przedszkolnych w wiejskich szkołach, likwidowanych z powodu konieczności przyjęcia do małych budynków klas 7-8?
– w jaki sposób wprowadzane zmiany w systemie wpłyną na wyrównywanie szans edukacyjnych?
– dlaczego ministerstwo nie bierze pod uwagę opinii ekspertów i wyników badań, które udowadniają, że od czasu wprowadzenia gimnazjów, poziom wiedzy naszych nastolatków ulegał systematycznej poprawie (badania PISA)?
– dlaczego ministerstwo jako jeden z powodów likwidacji gimnazjów podaje informacje o przemocy i agresji w tych szkołach skoro badania naukowe udowadniają, że z największą przemocą mamy do czynienia w szkołach podstawowych (badania IBE)?
– jak będzie wyglądała edukacja w szkołach artystycznych?
– jak zostanie rozwiązany problem uczniów obecnej 1. klasy gimnazjum, którzy nie otrzymają promocji do następnej klasy, a w szczególności jakie rozwiązanie będzie proponowane uczniom, którzy zmuszeni będą powtarzać trzecią klasę gimnazjum, co w ich przypadku, według proponowanej ustawy, skutkować będzie cofnięciem w systemie o dwa lata?
– dlaczego ministerstwo do tej pory nie upubliczniło wyników konsultacji społecznych dotyczących zmian w systemie oświaty?

I ostatnie, najważniejsze pytanie: Gdzie w tym wszystkim jest dobro dziecka?