Co z tymi gimnazjami?

Likwidacja lub – jak woli minister Anna Zalewska, która mimo że jest polonistką, do znaczenia słów podchodzi dość nonszalancko – „wygaszanie” gimnazjów spowoduje bałagan organizacyjny, wygeneruje koszty, pokrzyżuje plany uczniów i rodziców, którzy myśleli już o wyborze szkoły ponadpodstawowej, a także – mimo zapewnień i zaklęć MEN – przyczyni się do zwalniania z pracy nauczycieli oraz pracowników administracyjnych likwidowanych szkół. Po co to wszystko?

MEN podaje pięć głównych powodów likwidacji gimnazjów. Każdy z nich jest dyskusyjny.

Powód pierwszy – licea, czyli „kurs przygotowawczy do egzaminy maturalnego”

W liście do samorządowców minister Anna Zalewska pisze: „Pragnę podkreślić, że główną przyczyną projektowanych zmian w strukturze jest diagnoza obecnego stanu liceów”. I dalej: „Warto zauważyć, że 26 z 37 rektorów szkół wyższych wyraziło negatywną ocenę przygotowania absolwentów szkół ponadgimnazjalnych do podjęcia studiów, wskazując na zbyt krótki czas nauki w liceum ogólnokształcącym”. Z tego wynika, że gimnazja będą likwidowane niejako „przy okazji”, po to, aby wydłużyć o rok naukę w liceach. Pani minister proponuje dość zaskakujące rozumowanie przyczynowo-skutkowe: 1) diagnoza – młodzież jest nieprzygotowana do studiowania; 2) przyczyna tego stanu rzeczy – trzyletnie licea, które MEN nazywa „kursem przygotowawczym do egzaminu maturalnego”; 3) proponowane rozwiązanie – likwidacja gimnazjów.

Zawieszając tę pokrętną logikę, warto zwrócić uwagę na to, że na poziom studentów ma wpływ (oprócz innych czynników, które także nie mają wiele wspólnego z gimnazjami) selekcja kandydatów na studia, czyli to, jaka część populacji rozpoczyna edukację na poziomie wyższym, oraz to, jak łatwo (lub trudno) dostać się na studia.

O ile na początku lat 90. XX wieku współczynnik skolaryzacji netto w szkolnictwie wyższym (czyli stosunek liczby osób w wieku 19-24 lat uczących się na poziomie wyższym do liczby ludności w tej grupie wiekowej) wynosił niecałe 10 proc., a na początku XXI wieku – 30 proc., o tyle obecnie ma on wartość nieco poniżej 40 proc. (W ostatnich latach ten wskaźnik zaczął spadać). Oznacza to, że większa część młodych ludzi decyduje się na studia niż kiedyś („kiedyś” to czasy PRL i pierwsza dekada transformacji), co powoduje, że selekcja na studia jest mniejsza. Rok akademicki 2005/2006 był rekordowy jeśli chodzi o liczbę studentów – studiowały niemal 2 miliony osób. Kolejne roczniki były już coraz mniej liczne. Obecnie studiuje mniej niż 1,5 mln osób. W dobie niżu demograficznego uczelnie bardziej niż kiedyś (tym razem „kiedyś” to pierwsza dekada XXI wieku) zabiegają o studentów i często obniżają wymagania (nie dotyczy to tylko najbardziej obleganych kierunków). Z tego powodu także selekcja jest mniejsza.

Podsumowując, naprawdę trudno uznać, że to akurat gimnazja są powodem negatywnej opinii rektorów dotyczącej poziomu studentów, na którą powołuje się pani minister.

Powód drugi – „brak owoców”

Jak pisze w liście do samorządowców Anna Zalewska: „Warto zwrócić uwagę na fakt, że wprowadzenie gimnazjów i przedłużenie o rok nauki według tego samego programu nie zaowocowało wyrównaniem osiągnięć szkolnych młodzieży z różnych środowisk. Dodatkowo wyniki sprawdzianu wykazują bardzo duże zróżnicowanie ze względu na miejsce zamieszkania ucznia: miasto-wieś (rodzaj gminy) oraz regionu”. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Można na przykład spojrzeć na dane pokazujące wyniki egzaminu gimnazjalnego w zależności od lokalizacji szkoły (tu dane dla roku 2016). Widać, że uczniowie mieszkający w największych miastach (powyżej 100 tys.) średnio osiągają lepsze wyniki niż młodzież mieszkająca na wsi lub w małych i średnich miastach. Nierówności bez wątpienia istnieją. Jednak stawianie wniosku, że „winne” temu są gimnazja i postulowanie ich likwidacji, to bardzo proste, żeby nie powiedzieć prostackie podejście do problemu nierówności w dostępie do wysokiej jakości edukacji.

Zagadnienie efektywnych sposobów wyrównywania nierówności jest szeroko opisywane w literaturze. Przyczyny i ewentualne rozwiązania nie są wyraźnie zdefiniowane, ale z pewnością sprowadzanie ich do pomysłu likwidacji gimnazjów jest co najmniej nierozsądne. Opinie ekspertów na temat wpływu gimnazjów na utrwalanie (czy idąc dalej – powstawanie) nierówności nie są jednoznaczne. Roman Dolata zwraca uwagę, że wprawdzie gimnazja są szkołami, które selekcjonują kandydatów (co utrwala nierówności), ale mechanizm ten działa tylko w dużych miastach, w których oprócz gimnazjów rejonowych istnieją szkoły prywatne i społeczne oraz szkoły publiczne, ale wyspecjalizowane np. dwujęzyczne, które przeprowadzają dodatkowe egzaminy wstępne). Jak pokazuje Dolata, na terenach wiejskich, gdzie większość dzieci idzie do gimnazjów rejonowych, ten etap edukacji nie wpływa na wzrost nierówności.

Michał Sitek, porównując wynik badań PISA (tam, gdzie te porównania są uprawnione ze względu na różne metodologie stosowane w badaniach realizowanych w kolejnych latach), podkreśla, że na przestrzeni od 2000 roku (pierwsze danie PISA w Polsce) do roku 2012 (ostatnie badanie, którego wyniki są dostępne): po pierwsze – wzrósł ogólny poziom edukacji młodzieży (i jest to wzrost spektakularny w porównaniu z innymi krajami biorącymi udział w projekcie, co pokazuje, że argument z prezentacji MEN: „Wyniki uczniów <<poprawiły>> się w badaniach PISA, wszędzie tam, gdzie na świecie wprowadzono testy sprawdzające zakres zdobytej” nie do końca jest trafiony); po drugie – zmniejszyło się zróżnicowanie wyników uczniów. Oraz po trzecie – „w większym stopniu poprawiały się wyniki uczniów z niskim SES [statusem ekonomiczno społecznym – M.S.] niż wyniki uczniów z wysokim SES”.

Biorąc to pod uwagę, można stwierdzić, że o ile diagnoza minister Zalewskiej (nierówności w dostępie do wysokiej jakości edukacji istnieją) niewątpliwie jest słuszna, to proponowane rozwiązanie (zlikwidujmy gimnazja) jest pomysłem nierozsądnym, żeby nie powiedzieć głupim.

Szczególnie że wśród rozwiązań postulowanych przez „dobrą zmianę” trudno znaleźć takie, które mogłyby doprowadzić do wyrównywania szans edukacyjnych. Nie będzie nim z pewnością podniesienie wieku rozpoczynania edukacji szkolnej. A tym bardziej nie będzie ograniczenie dostępu do edukacji przedszkolnej dla trzylatków, których miejsca w najbliższym roku szkolnym zostaną „zajęte” przez sześciolatki, które nie poszły do szkoły. Tu w zasadzie eksperci nie mają wątpliwości – wcześniejsze wejście do systemu edukacji pomaga dzieciom, którym może być trudniej ze względu na to, że wychowują się w rodzinach o niższym kapitale społeczno-kulturowym.

Elementem wyrównywania szans nie będzie także wydłużenie edukacji wczesnoszkolnej do czterech lat. Oznacza ono, że dopiero dzieci jedenastoletnie spotkają nauczycieli przedmiotowych, a więc specjalistów w swoich dziedzinach. (Dla porównania: w obecnym systemie dzieci, które poszły do szkoły, mając sześć lat, rozpoczynają edukację prowadzoną przez nauczycieli przedmiotów w wieku lat dziewięciu). Wydłużenie edukacji wczesnoszkolnej – co pani minister tłumaczy ochroną dzieci przed stresem i zmianą nauczyciela wychowawcy – będzie kolejnym elementem przyczyniającym się do wzrostu nierówności – można bowiem przypuszczać, że poziom edukacji proponowanej przez 4 lata przez bardzo dobrych nauczycieli (kreatywnych, zaangażowanych, dobrze przygotowanych) będzie zdecydowanie wyższy niż w przypadku nauczycieli mniej zmotywowanych i gorzej przygotowanych.

Wreszcie trudno uznać za element wyrównywania szans skrócenie okresu powszechnej edukacji ogólnokształcącej z 9 lat (6 lat podstawówki plus 3 gimnazjum) do 8 lat szkoły powszechnej. Zmiana to spowoduje, że młodzi ludzie, wybierając między liceum ogólnokształcącym, technikum a szkołą branżową (obecnie zawodówką), będą o rok wcześniej musieli podjąć kluczową decyzję dotyczącą ich przyszłej edukacji, co często jednocześnie oznacza podejmowanie decyzji o przyszłym zawodzie.

Powód trzeci – „katastrofa demograficzna”

W prezentacji przygotowanej przez MEN można przeczytać: „Celem planowanej reformy, w obliczu katastrofalnego niżu demograficznego, jest uratowanie potencjału polskiej edukacji (szkoły, budynki, nauczyciele, doświadczenie, centra lokalnej kultury)”. Tu także diagnoza jest słuszna (do szkół będą wchodzić roczniki coraz mniej liczne), jednak sprawa się nieco komplikuje, gdy wnikliwiej przyjrzymy się wskaźnikom demograficznym. Jak pokazują dane oraz prognoza GUS, od 2017 do 2022 r. liczba trzynastolatków (a więc w wieku, w którym dzieci rozpoczynają edukację w gimnazjum, jeśli do podstawówki poszły mając siedem lat) w kolejnych rocznikach będzie rosła: w bieżącym roku 13-latków jest 350 640, w 2017 r. będzie ich 356 680, a w „rekordowym” 2022 – 430 030. Potem liczba dzieci mających 13 lat zacznie spadać. (Liczba 14-latków zacznie maleć od roku 2024 a 15-latków – czyli młodych ludzi w wieku, w którym zazwyczaj gimnazjum się kończy – będzie spadała od 2025 roku). Oznacza to, że przez najbliższe dziewięć lat w wieku gimnazjalnym będą najliczniejsze roczniki ostatniego wyżu demograficznego.

Trzeba dodać, że według tej samej prognozy rok 2016 jest ostatnim, w którym liczba dzieci siedmioletnich będzie większa niż w roku poprzednim. Potem liczebność roczników zaczynających podstawówkę (czy też szkolę powszechną) będzie już tylko spadać. Odwołując się do logiki stosowanej przez MEN, można złośliwie zapytać: czy prognoza dotycząca spadku liczby dzieci w wieku szkoły podstawowej jest argumentem za tym, żeby zlikwidować podstawówki?

Powód czwarty – zmiany programowe

Kolejny wymieniony w prezentacji argument za likwidacją gimnazjów to zmiana podstawy programowej. Trudno jednak uwierzyć, że po to, aby zmodyfikować treść programów czy zmienić liczbę godzin poszczególnych przedmiotów (np. zwiększyć liczbę godzin historii, fizyki czy chemii, nie wiadomo zresztą kosztem jakich innych przedmiotów), konieczne jest likwidowanie jednego etapu z systemu edukacji.

Powód piąty – „system na miarę XXI wieku”

Minister Zalewska podaje jeszcze jeden powód wprowadzania zmian: „stworzenie systemu oświatowego na miarę XXI wieku”. Nie wiadomo jednak, co taki „nowoczesny system” oznacza dla MEN. Niejasne jest także, w jaki sposób „dobra zmiana” zamierza ten system osiągnąć, likwidując gimnazja. Ze względu na braku konkretów trudno w ogóle dyskutować z tym argumentem.

Po co więc to wszystko?

Jakie są więc rzeczywiste powody likwidowania 7856 gimnazjów (dane Centrum Informatyczne Edukacji z 30 września 2015 roku), z czego – co trzeba wyraźnie podkreślić, gdyż pani minister z uporem powtarza, że tego typu szkół nie jest dużo – 39 proc., czyli 3052, to gimnazja samodzielne (niepołączone w zespoły z podstawówkami lub liceami)? Można tylko zgadywać. Przypuszczam, że są trzy powody.

Pierwszy – to wojna z samorządami, które będąc odpowiedzialne za realizację reformy w terenie, wezmą na siebie odpowiedzialność za niezadowolenie zwalnianych nauczycieli, dyrektorów i pracowników administracji, zmierzą się z irytacją rodziców oraz młodzieży, a także poniosą koszty finansowe (np. wypłacając odprawy dla zwalnianych nauczycieli).

Po drugie – i tu odwołuję się do wywiadu udzielonego przez minister Zalewską dla portalu wPolityce.pl: „Kształtowanie się nowych dużych podstawówek będzie okazją do konkursów na dyrektorów. To będą inne szkoły niż obecne podstawówki”. Rzeczywiście, szkoły powszechne będą innymi jednostkami niż podstawówki oraz gimnazja i z tego powodu zostaną rozpisane konkursy na nowych dyrektorów, konkursy, w których więcej do powiedzenia będą mieli kuratorzy wymienieni przez „dobrą zmianę” już w 2015 roku.

I trzeci – moim zdaniem – ważny powód: gimnazja nie cieszą się społecznym poparciem, często są postrzegane jako „siedlisko zła”, powód, dla którego młodzież jest „niemiła” i nie ustępuje miejsca w publicznych środkach transportu oraz jeszcze gorzej – dręczy koleżanki, kolegów i nauczycieli. I zupełnie nie jest istotne, że jak pokazują badania, więcej agresji jest w szkole podstawowej.

Mam wrażenie, że autorzy rewolucji w edukacji (bo mino zapewnień pani minister tempo i zakres zmian trudno uznać za ewolucyjne) po prostu starają się wyjść na przeciw społecznym oczekiwaniom. I zupełnie nieistotne jest, że w 1998 roku za utworzeniem gimnazjów głosowali m.in. Jarosław Kaczyński czy Antonii Maciarewicz, nieważne jest także, że poseł Anna Zalewska (obecnie minister MEN) w opinii wyrażonej w 2013 roku jednoznacznie wypowiadała się za niełączeniem szkoły podstawowej i gimnazjum, ponieważ „skoncentrowanie w jednej placówce dzieci i młodzieży prowadzić będzie nie tylko do <<przeludnienia>>, ale też wzrostu zachowań agresywnych”.

Na koniec tego wpisu pozwolę sobie na małą złośliwość – minister Zalewska we wspomnianym już wywiadzie dla wPolityce.pl w odpowiedzi na pytanie o zmiany w egzaminie maturalnym przyznała: „Byłoby nieuczciwe, gdybym powiedziała, że wiem do końca, jak będzie”. Mam nieodparte wrażenie, że mimo ponadstandardowej pewności siebie, którą w mediach prezentuje pani minister, zupełnie nie wie ona, „jak będzie”, ale także zupełnie się tym nie przejmuje.