Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej

5.08.2016
piątek

Co z tymi gimnazjami?

5 sierpnia 2016, piątek,

Likwidacja lub – jak woli minister Anna Zalewska, która mimo że jest polonistką, do znaczenia słów podchodzi dość nonszalancko – „wygaszanie” gimnazjów spowoduje bałagan organizacyjny, wygeneruje koszty, pokrzyżuje plany uczniów i rodziców, którzy myśleli już o wyborze szkoły ponadpodstawowej, a także – mimo zapewnień i zaklęć MEN – przyczyni się do zwalniania z pracy nauczycieli oraz pracowników administracyjnych likwidowanych szkół. Po co to wszystko?

MEN podaje pięć głównych powodów likwidacji gimnazjów. Każdy z nich jest dyskusyjny.

Powód pierwszy – licea, czyli „kurs przygotowawczy do egzaminy maturalnego”

W liście do samorządowców minister Anna Zalewska pisze: „Pragnę podkreślić, że główną przyczyną projektowanych zmian w strukturze jest diagnoza obecnego stanu liceów”. I dalej: „Warto zauważyć, że 26 z 37 rektorów szkół wyższych wyraziło negatywną ocenę przygotowania absolwentów szkół ponadgimnazjalnych do podjęcia studiów, wskazując na zbyt krótki czas nauki w liceum ogólnokształcącym”. Z tego wynika, że gimnazja będą likwidowane niejako „przy okazji”, po to, aby wydłużyć o rok naukę w liceach. Pani minister proponuje dość zaskakujące rozumowanie przyczynowo-skutkowe: 1) diagnoza – młodzież jest nieprzygotowana do studiowania; 2) przyczyna tego stanu rzeczy – trzyletnie licea, które MEN nazywa „kursem przygotowawczym do egzaminu maturalnego”; 3) proponowane rozwiązanie – likwidacja gimnazjów.

Zawieszając tę pokrętną logikę, warto zwrócić uwagę na to, że na poziom studentów ma wpływ (oprócz innych czynników, które także nie mają wiele wspólnego z gimnazjami) selekcja kandydatów na studia, czyli to, jaka część populacji rozpoczyna edukację na poziomie wyższym, oraz to, jak łatwo (lub trudno) dostać się na studia.

O ile na początku lat 90. XX wieku współczynnik skolaryzacji netto w szkolnictwie wyższym (czyli stosunek liczby osób w wieku 19-24 lat uczących się na poziomie wyższym do liczby ludności w tej grupie wiekowej) wynosił niecałe 10 proc., a na początku XXI wieku – 30 proc., o tyle obecnie ma on wartość nieco poniżej 40 proc. (W ostatnich latach ten wskaźnik zaczął spadać). Oznacza to, że większa część młodych ludzi decyduje się na studia niż kiedyś („kiedyś” to czasy PRL i pierwsza dekada transformacji), co powoduje, że selekcja na studia jest mniejsza. Rok akademicki 2005/2006 był rekordowy jeśli chodzi o liczbę studentów – studiowały niemal 2 miliony osób. Kolejne roczniki były już coraz mniej liczne. Obecnie studiuje mniej niż 1,5 mln osób. W dobie niżu demograficznego uczelnie bardziej niż kiedyś (tym razem „kiedyś” to pierwsza dekada XXI wieku) zabiegają o studentów i często obniżają wymagania (nie dotyczy to tylko najbardziej obleganych kierunków). Z tego powodu także selekcja jest mniejsza.

Podsumowując, naprawdę trudno uznać, że to akurat gimnazja są powodem negatywnej opinii rektorów dotyczącej poziomu studentów, na którą powołuje się pani minister.

Powód drugi – „brak owoców”

Jak pisze w liście do samorządowców Anna Zalewska: „Warto zwrócić uwagę na fakt, że wprowadzenie gimnazjów i przedłużenie o rok nauki według tego samego programu nie zaowocowało wyrównaniem osiągnięć szkolnych młodzieży z różnych środowisk. Dodatkowo wyniki sprawdzianu wykazują bardzo duże zróżnicowanie ze względu na miejsce zamieszkania ucznia: miasto-wieś (rodzaj gminy) oraz regionu”. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Można na przykład spojrzeć na dane pokazujące wyniki egzaminu gimnazjalnego w zależności od lokalizacji szkoły (tu dane dla roku 2016). Widać, że uczniowie mieszkający w największych miastach (powyżej 100 tys.) średnio osiągają lepsze wyniki niż młodzież mieszkająca na wsi lub w małych i średnich miastach. Nierówności bez wątpienia istnieją. Jednak stawianie wniosku, że „winne” temu są gimnazja i postulowanie ich likwidacji, to bardzo proste, żeby nie powiedzieć prostackie podejście do problemu nierówności w dostępie do wysokiej jakości edukacji.

Zagadnienie efektywnych sposobów wyrównywania nierówności jest szeroko opisywane w literaturze. Przyczyny i ewentualne rozwiązania nie są wyraźnie zdefiniowane, ale z pewnością sprowadzanie ich do pomysłu likwidacji gimnazjów jest co najmniej nierozsądne. Opinie ekspertów na temat wpływu gimnazjów na utrwalanie (czy idąc dalej – powstawanie) nierówności nie są jednoznaczne. Roman Dolata zwraca uwagę, że wprawdzie gimnazja są szkołami, które selekcjonują kandydatów (co utrwala nierówności), ale mechanizm ten działa tylko w dużych miastach, w których oprócz gimnazjów rejonowych istnieją szkoły prywatne i społeczne oraz szkoły publiczne, ale wyspecjalizowane np. dwujęzyczne, które przeprowadzają dodatkowe egzaminy wstępne). Jak pokazuje Dolata, na terenach wiejskich, gdzie większość dzieci idzie do gimnazjów rejonowych, ten etap edukacji nie wpływa na wzrost nierówności.

Michał Sitek, porównując wynik badań PISA (tam, gdzie te porównania są uprawnione ze względu na różne metodologie stosowane w badaniach realizowanych w kolejnych latach), podkreśla, że na przestrzeni od 2000 roku (pierwsze danie PISA w Polsce) do roku 2012 (ostatnie badanie, którego wyniki są dostępne): po pierwsze – wzrósł ogólny poziom edukacji młodzieży (i jest to wzrost spektakularny w porównaniu z innymi krajami biorącymi udział w projekcie, co pokazuje, że argument z prezentacji MEN: „Wyniki uczniów <<poprawiły>> się w badaniach PISA, wszędzie tam, gdzie na świecie wprowadzono testy sprawdzające zakres zdobytej” nie do końca jest trafiony); po drugie – zmniejszyło się zróżnicowanie wyników uczniów. Oraz po trzecie – „w większym stopniu poprawiały się wyniki uczniów z niskim SES [statusem ekonomiczno społecznym – M.S.] niż wyniki uczniów z wysokim SES”.

Biorąc to pod uwagę, można stwierdzić, że o ile diagnoza minister Zalewskiej (nierówności w dostępie do wysokiej jakości edukacji istnieją) niewątpliwie jest słuszna, to proponowane rozwiązanie (zlikwidujmy gimnazja) jest pomysłem nierozsądnym, żeby nie powiedzieć głupim.

Szczególnie że wśród rozwiązań postulowanych przez „dobrą zmianę” trudno znaleźć takie, które mogłyby doprowadzić do wyrównywania szans edukacyjnych. Nie będzie nim z pewnością podniesienie wieku rozpoczynania edukacji szkolnej. A tym bardziej nie będzie ograniczenie dostępu do edukacji przedszkolnej dla trzylatków, których miejsca w najbliższym roku szkolnym zostaną „zajęte” przez sześciolatki, które nie poszły do szkoły. Tu w zasadzie eksperci nie mają wątpliwości – wcześniejsze wejście do systemu edukacji pomaga dzieciom, którym może być trudniej ze względu na to, że wychowują się w rodzinach o niższym kapitale społeczno-kulturowym.

Elementem wyrównywania szans nie będzie także wydłużenie edukacji wczesnoszkolnej do czterech lat. Oznacza ono, że dopiero dzieci jedenastoletnie spotkają nauczycieli przedmiotowych, a więc specjalistów w swoich dziedzinach. (Dla porównania: w obecnym systemie dzieci, które poszły do szkoły, mając sześć lat, rozpoczynają edukację prowadzoną przez nauczycieli przedmiotów w wieku lat dziewięciu). Wydłużenie edukacji wczesnoszkolnej – co pani minister tłumaczy ochroną dzieci przed stresem i zmianą nauczyciela wychowawcy – będzie kolejnym elementem przyczyniającym się do wzrostu nierówności – można bowiem przypuszczać, że poziom edukacji proponowanej przez 4 lata przez bardzo dobrych nauczycieli (kreatywnych, zaangażowanych, dobrze przygotowanych) będzie zdecydowanie wyższy niż w przypadku nauczycieli mniej zmotywowanych i gorzej przygotowanych.

Wreszcie trudno uznać za element wyrównywania szans skrócenie okresu powszechnej edukacji ogólnokształcącej z 9 lat (6 lat podstawówki plus 3 gimnazjum) do 8 lat szkoły powszechnej. Zmiana to spowoduje, że młodzi ludzie, wybierając między liceum ogólnokształcącym, technikum a szkołą branżową (obecnie zawodówką), będą o rok wcześniej musieli podjąć kluczową decyzję dotyczącą ich przyszłej edukacji, co często jednocześnie oznacza podejmowanie decyzji o przyszłym zawodzie.

Powód trzeci – „katastrofa demograficzna”

W prezentacji przygotowanej przez MEN można przeczytać: „Celem planowanej reformy, w obliczu katastrofalnego niżu demograficznego, jest uratowanie potencjału polskiej edukacji (szkoły, budynki, nauczyciele, doświadczenie, centra lokalnej kultury)”. Tu także diagnoza jest słuszna (do szkół będą wchodzić roczniki coraz mniej liczne), jednak sprawa się nieco komplikuje, gdy wnikliwiej przyjrzymy się wskaźnikom demograficznym. Jak pokazują dane oraz prognoza GUS, od 2017 do 2022 r. liczba trzynastolatków (a więc w wieku, w którym dzieci rozpoczynają edukację w gimnazjum, jeśli do podstawówki poszły mając siedem lat) w kolejnych rocznikach będzie rosła: w bieżącym roku 13-latków jest 350 640, w 2017 r. będzie ich 356 680, a w „rekordowym” 2022 – 430 030. Potem liczba dzieci mających 13 lat zacznie spadać. (Liczba 14-latków zacznie maleć od roku 2024 a 15-latków – czyli młodych ludzi w wieku, w którym zazwyczaj gimnazjum się kończy – będzie spadała od 2025 roku). Oznacza to, że przez najbliższe dziewięć lat w wieku gimnazjalnym będą najliczniejsze roczniki ostatniego wyżu demograficznego.

Trzeba dodać, że według tej samej prognozy rok 2016 jest ostatnim, w którym liczba dzieci siedmioletnich będzie większa niż w roku poprzednim. Potem liczebność roczników zaczynających podstawówkę (czy też szkolę powszechną) będzie już tylko spadać. Odwołując się do logiki stosowanej przez MEN, można złośliwie zapytać: czy prognoza dotycząca spadku liczby dzieci w wieku szkoły podstawowej jest argumentem za tym, żeby zlikwidować podstawówki?

Powód czwarty – zmiany programowe

Kolejny wymieniony w prezentacji argument za likwidacją gimnazjów to zmiana podstawy programowej. Trudno jednak uwierzyć, że po to, aby zmodyfikować treść programów czy zmienić liczbę godzin poszczególnych przedmiotów (np. zwiększyć liczbę godzin historii, fizyki czy chemii, nie wiadomo zresztą kosztem jakich innych przedmiotów), konieczne jest likwidowanie jednego etapu z systemu edukacji.

Powód piąty – „system na miarę XXI wieku”

Minister Zalewska podaje jeszcze jeden powód wprowadzania zmian: „stworzenie systemu oświatowego na miarę XXI wieku”. Nie wiadomo jednak, co taki „nowoczesny system” oznacza dla MEN. Niejasne jest także, w jaki sposób „dobra zmiana” zamierza ten system osiągnąć, likwidując gimnazja. Ze względu na braku konkretów trudno w ogóle dyskutować z tym argumentem.

Po co więc to wszystko?

Jakie są więc rzeczywiste powody likwidowania 7856 gimnazjów (dane Centrum Informatyczne Edukacji z 30 września 2015 roku), z czego – co trzeba wyraźnie podkreślić, gdyż pani minister z uporem powtarza, że tego typu szkół nie jest dużo – 39 proc., czyli 3052, to gimnazja samodzielne (niepołączone w zespoły z podstawówkami lub liceami)? Można tylko zgadywać. Przypuszczam, że są trzy powody.

Pierwszy – to wojna z samorządami, które będąc odpowiedzialne za realizację reformy w terenie, wezmą na siebie odpowiedzialność za niezadowolenie zwalnianych nauczycieli, dyrektorów i pracowników administracji, zmierzą się z irytacją rodziców oraz młodzieży, a także poniosą koszty finansowe (np. wypłacając odprawy dla zwalnianych nauczycieli).

Po drugie – i tu odwołuję się do wywiadu udzielonego przez minister Zalewską dla portalu wPolityce.pl: „Kształtowanie się nowych dużych podstawówek będzie okazją do konkursów na dyrektorów. To będą inne szkoły niż obecne podstawówki”. Rzeczywiście, szkoły powszechne będą innymi jednostkami niż podstawówki oraz gimnazja i z tego powodu zostaną rozpisane konkursy na nowych dyrektorów, konkursy, w których więcej do powiedzenia będą mieli kuratorzy wymienieni przez „dobrą zmianę” już w 2015 roku.

I trzeci – moim zdaniem – ważny powód: gimnazja nie cieszą się społecznym poparciem, często są postrzegane jako „siedlisko zła”, powód, dla którego młodzież jest „niemiła” i nie ustępuje miejsca w publicznych środkach transportu oraz jeszcze gorzej – dręczy koleżanki, kolegów i nauczycieli. I zupełnie nie jest istotne, że jak pokazują badania, więcej agresji jest w szkole podstawowej.

Mam wrażenie, że autorzy rewolucji w edukacji (bo mino zapewnień pani minister tempo i zakres zmian trudno uznać za ewolucyjne) po prostu starają się wyjść na przeciw społecznym oczekiwaniom. I zupełnie nieistotne jest, że w 1998 roku za utworzeniem gimnazjów głosowali m.in. Jarosław Kaczyński czy Antonii Maciarewicz, nieważne jest także, że poseł Anna Zalewska (obecnie minister MEN) w opinii wyrażonej w 2013 roku jednoznacznie wypowiadała się za niełączeniem szkoły podstawowej i gimnazjum, ponieważ „skoncentrowanie w jednej placówce dzieci i młodzieży prowadzić będzie nie tylko do <<przeludnienia>>, ale też wzrostu zachowań agresywnych”.

Na koniec tego wpisu pozwolę sobie na małą złośliwość – minister Zalewska we wspomnianym już wywiadzie dla wPolityce.pl w odpowiedzi na pytanie o zmiany w egzaminie maturalnym przyznała: „Byłoby nieuczciwe, gdybym powiedziała, że wiem do końca, jak będzie”. Mam nieodparte wrażenie, że mimo ponadstandardowej pewności siebie, którą w mediach prezentuje pani minister, zupełnie nie wie ona, „jak będzie”, ale także zupełnie się tym nie przejmuje.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 28

Dodaj komentarz »
  1. Napisałem zbyt krótko aby umotywować moją tezę, że optymistycznbe tezy o „ogólnym wzroście edukacji młodzieży” są raczej tylko wishful thinking, ale nie mam czasu się rozpisywać. Proszę więc, żeby moje komentarze odrzucić w moderacji. Edukacja jest zbyt ważną dziedziną, żeby zabawiać się w politykę wokół niej. Kościół uczynił w tej dziedzinie wystarczająco wiele złego, odrzucanie wszystkiego, co „kumunistyczne”, że się posłużę Gomółką, dołożyło swoje (w tym i stworzenie gimnazjów). A na koniec: wyniki PISA krajom zachodu znacząco zaniżyła spora liczba studentów-imigrantów wpychanych na studia ze względów równościowych i socjalnych, więc nasz sukces jest w dużej mierze papierowy.

  2. Pani Małgorzato,
    Zajmę się tylko powodem drugim – rzekomym brakiem efektów w wyrównywaniu szans mieszkańców wsi i miast. Załączona tabelka pokazuje rewelacyjne wyniki w tym zakresie – twórcy reformy gimnazjalnej powinni otwierać szampana! Średnia 47 punktów z matematyki na wsi w porównaniu z 54 w dużych miastach może wydawać się sporą różnicą, ale ona blednie wobec wielkości odchylenia standardowego tych średnich na poziomie 25 procent. Dopiero fakt, że we wszystkich kategoriach duże miasta wyprzedzają wieś i małe miasta czyni tezę o edukacyjnej przewadze wielkich miast statystycznie istotną. A przecież analfabetyzm zlikwidowano w Polsce dopiero w PRL, gdzieś w latach 70. I ten analfabetyzm był skoncentrowany na wsi. Szkoła powinna próbować niwelować różnice społeczne, ale nie można od niej wymagać cudów. Dzieci w wielkim mieście z reguły mają lepiej wykształconych rodziców, którzy od przedszkola zaszczepiają im szacunek do książki i edukacji. Rodzice dzieci wielkomiejsckich częściej wyjeżdżają za granicę – choćby służbowo – i już choćby z tego powodu duże miasta biją pozostałe w wynikach sprawdzianów językowych. Różnice kulturowe widać w *liczbie* uczniów przystępujących do egzaminu z j. rosyjskiego (wieś zdecydowanie dominuje, co może sugerować, że tam wolniej zachodzi wymiana kadr nauczycielskich) i np. włoskiego, francuskiego (na wsi te egzaminy zdają jednostki – i żadna reforma tego nie zmieni). W dużych miastach są uczelnie, które prowadzą nie tylko licea uniwersyteckie, ale i gimnazja. Te gimnazja przyciągają uzdolnioną młodzież z całego regionu. To te gimnazja zawyżają wyniki osiągane w wielkich miastach. Inny typ gimnazjów, który ze względu na efekt skali może funkcjonować wyłącznie w dużych miastach, to gimnazja dwujęzyczne. Absolwenci tych gimnazjów z pewnością ciągną średnią z języków w górę na korzyść wielkich miast.

    Badania PISA wskazują, że Polska jest modelowym przykładem postępu w edukacji. Ten sukces (statystyczny) osiągnięto nie poprzez inwestowanie w nieliczne elity, ale w „masy”, czyli poprzez wyrównanie wyników uczniów najsłabszych. To jest mierzalny, namacalny sukces gimnazjów.

    Powtórzę: moim zdaniem wyniki egzaminu gimnazjalnego są nadspodziewanie korzystne dla gimnazjów i ich roli w zakresie wyrównywania szans edukacyjnych.

  3. O, ten sam artykuł kropka w kropkę był już tu opublikowany, ale w 1999, gdy władza podjęła „wygaszanie” ośmioletnich szkół podstawowych, czteroletnich liceów i zawodówek, co spowodowało bałagan organizacyjny, wygenerowało koszty, pokrzyżowało plany uczniów i rodziców, a także – mimo zapewnień i zaklęć MEN – przyczyniło się do zwalniania z pracy nauczycieli oraz pracowników administracyjnych likwidowanych szkół.

    Tyle że wtedy była pochwała tego wszystkiego, a teraz pytanie: Po co to wszystko.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. I powód zerowy -najważniejszy, przy którym inne bledną:
    Skoro Prezes nie kończył gimnazjum i został PREZESEM, to tym samym wyznaczył drogę życiową milionom Polaków, którzy powinni nią kroczyć pełni miłości, wdzięczności i entuzjazmu dla danego nam przez Boga Zbawiciela.
    Amen.

  6. Najważniejsze jest to,że likwidacja gimnazjów podwyzszy poziom nauki młodych Polaków. Poziom nauki, który tak skutecznie był obnizany przez ostatnie 8 lat, po to aby ogłupiała polska młodzieżą można było łatwo manipulowac. Całe szczęście ten etaprozwalania polskiej edukacji mamy juz za sobą. Teraz będziemy budiowac na nowo ze zgliszczy pozostawionych po porzednich rzadach prawdziwe morale i inteligencję wśród polskiej młodzieży.

  7. Wygasić gimnazja? Chyba lepiej odwołać Zalewską.

  8. Bardzo ciekawy i solidny artykuł. Gratuluję i dziękuję.

    Pani minister od samego początku sprawia wrażenie takiej, co się specjalnie nie zna i gada co miesiąc co innego. Idealna osoba do „dobrej zmiany” według filozofii naszego nierządu, że „każda zmiana, nie ważne czy na gorsze, czy na lepsze, jest dobra”.

    Taka uwaga ogólniejsza. Od lat walczę z okropnie szkodliwą manierą, niemal rytuałem bezpodstawnego wieszania psów na polskim szkolnictwie. Od lat wskazuje na wyniki badań PiSA, które w sposób naukowy przeczą o jakieś katastrofie szkolnictwa i niedorozwoju polskiej młodzieży. Wskazuję, że polska młodzież przynajmniej do poziomu szkolnictwa średniego znajduje się w dobrej średniej państw najwyżej rozwiniętych.

    Nie oznacza to oczywiście, że nie należy nic robić i nic zmieniać, bo w naturze oświaty leży, że zawsze jest coś do zmiany i do poprawienia i tak będzie do końca świata albo i dzień dłużej.

    Ale nic nie usprawiedliwia, żadne fakty czy badania, tonów katastroficznych o upadku oświaty wychowującej analfabetów i durni, a fatalnych gimnazjach, liceach, nauczycielach, młodzieży, maturach, którymi niemal na co dzień opływają media, fora internetowe i dysputy publiczne.

    Dzisiaj mamy nie pierwszy zresztą przykład destrukcyjnej mocy zalewu tego demagogicznego pustosłowia oraz zupełnego nie liczenia się z racjonalnym myśleniem i faktami. Takim przykładem był również ostatni Brexit, w którym ludzie jak w amoku decydowali pod zalewem astronomicznych bzdur. Tak jest z całą Europą, która stała się ulubionym chłopcem do bicia. Zamiast o astronomicznych zyskach wynikających z integracyjnych procesów w Europie mówi się tylko o stratach i kosztach, upadkach i rozkładach. Np. o astronomicznych kosztach biurokracji brukselskiej, kiedy ta cała biurokracja nie kosztuje Europejczyków nawet promila.

    Symbolicznym przykładem tego zjawiska był czołowy brexitowiec i minister brytyjskiego rządu, który z siebie wypluł słowa „a co nas fakty obchodzą, ludzie mają ekspertów po dziurki w nosie”.

    Planowany przez nierząd akt wandalizmu na systemie oświaty jest również przejawem tego zjawiska. Jest odpowiedzą na demagogiczne zapotrzebowanie wyciągnięcia polskiej oświaty z katastrofy. A przecież powodem całej „katastrofy” szkolnictwa są te całe gimnazja, czyli bzdura od lat nieustannie wszędzie bezkrytycznie powtarzana. Jak się człowiek pytał, na jakich faktach, badaniach, symptomach opiera się ta krytyka, to następowała zwykle grobowa cisza, albo jakaś bzdura na odchodne typu „a bo za komuny było najlepiej”, „bo młodzież w gimnazjach dorasta i jest wyjątkowo trudna i niegrzeczna”, „bo baba babie tak w kiosku powiedziała, albo kuzynka mówiła”, albo „bo w telewizji pokazali maturzystę kretyna, który nie potrafił pokazać, gdzie leży Albania” itd.

    Tak więc każda zmiana, nieważne czy na dobre, czy złe, jest konieczna i dobra. Wszystko jest lepsze od dzisiejszej katastrofy.

  9. Podstawowym powodem jest to, że PIS musi zapuścić korzenie. Wszędzie. Wymienić dyrektorów szkół, kuratorów i wszystkich innych urzędników, którzy mogą mieć jakąkolwiek władzę. Ponadto chodzi również o kształtowanie umysłów dzieci wg narodowo-socjalistycznej idei podlanej sosem smoleńskim. Przypomina to planową rusyfikację podczas zaborów. Do dzisiaj zbieramy pokłosie tego okresu – a jak długo będzie trzeba odgruzowywać ludzkie umysły po takiej mentalnej katastrofie zgotowanej przez PIS?

  10. Niestety, ale uwaga b1234 wydaje się najbliższa prawdy. PiS to sekta przekonana o swojej dziejowej misji, niemalże ewangelicznej, narodowego odrodzenia Polski. Ta misyjność usprawiedliwia wszelkie faule, nazywanie posłanek opozycji „fajnymi dupciami” czy pokazywaniem opozycji środkowego palca.

    Pierwszy powód podany przez Gospodynię nie jest przekonujący, bo walka na śmierć i życie z samorządami miałaby sens tylko wówczas, gdyby PiS zakładał trwałą porażkę w wyborach samorządowych. A tymczasem PiS zakłada zwycięstwo totalne – lub śmierć. Powód trzeci nie może być w polityce traktowany poważnie. To politycy kształtują opinię społeczną (por. np. zmianę stosunku Polaków do emigrantów, a w Rosji – do Krymu) a nie odwrotnie, choć przychylna opinia społeczna jest dla polityków miłym usprawiedliwieniem własnych czynów. Pozostaje powód drugi, zgodny z opinią b1234.

    Oni mają jeszcze 3 lata na całkowite odwrócenie zmian z 1989 roku przeprowadzonych w duchu liberalnym i świeckim. Teraz nadeszła godzina zemsty tego skrzydła opozycji antykomunistycznej, która identyfikowała się z ideami narodowymi i katolickimi.

  11. Co za problem wydlłużyć licea o 1 rok, kiedy dzieci szłyby do szkoły w wieku 6 lat? Ale oczywiście z tego trzeba było zrezygnować

  12. @ Płynna rzeczywistość
    uwagi nt wpływu gimnazjów na zmniejszanie różnic między miastem a wsią, poprawianiem umiejętności najsłabszych uczniów- bardzo celne.
    Statystyki, średnie wyniki to pokazują być może zbyt mało czytelnie dla niektórych. A jak się robi „badania w terenie” na poziomie uczelni wyższych dopiero to zasypywania kulturowej przepaści za bardzo nie widać (i tak, zdaje się, miało być).
    O pozytywnych skutkach reformy wiele mieliby do powiedzenia starsi nauczyciele szkół ponadgimnazjalnych, uczący w czasach sprzed reformy. Kiedy to w prestiżowych liceach w klasach było po jednym, dwóch uczniów ze wsi a zdarzało się, że nie było żadnego. W liceach, technikach „średnich” rzadko młodzież wiejska stanowiła więcej niż 1/4 klasy. Odwrotnie było w szkołach zawodowych, a stan umysłów tych młodych ludzi był bliski analfabetyzmowi. Nierzadko oznaczał brak umiejętności płynnego czytania, kompletną nieznajomość ortografii i interpunkcji oraz nieznajomość tabliczki mnożenia. Nierzadko oznaczał słabą znajomość potocznego języka polskiego- „przyjdziewa” i „zrobiewa” słyszało się często.
    Oczywiście, nie tylko zasługą szkoły jest powolne wyrównywanie- mają w tym udział media i wymieranie pokolenia niepiśmiennych dziadków zastępujących wiejskim dzieciom przedszkole. Ale fakt wcześniejszego odejścia z wiejskiej podstawówki do jednak mniej „wiejskiego” gimnazjum nie jest bez znaczenia. Podobnie jak fakt, że perspektywa sprawdzianu szóstoklasisty, egzaminu gimnazjalnego działa mobilizująco na nauczycieli, uczniów, rodziców. Nie popieram „uczenia pod test” czy „uczenia SIĘ pod test” ale warto uświadomić sobie, że często to alternatywa dla „nieuczenia (się) w ogóle”.
    Kto skorzysta na „odwróceniu reformy”? Tylko wytwórcy pieczątek- tysiące trzeba będzie wymienić po to by zmienić słowo „podstawowa” na „powszechna”. Podatnik zapłaci.
    A problem nierównych szans edukacyjnych pozostanie. Jak wszędzie. Nawet w krajach bardzo bogatych. Bo jego źródłem jest nie szkoła a środowisko – rodzina, otoczenie. O niskim lub wysokim poziomie wykształcenia, aspiracji intelektualnych, dostępu do dóbr kultury.

  13. Tak się jakoś głupio składa, że ok 2/3 Polaków jest ZA likwidacją gimnazjów. I skądś to się bierze;-) Oczywiście te 2/3 w „narracji” „Polityki” to ciemny motłoch, ale to ten „motłoch” decyduje o wynikach wyborów i to się zdaje się nazywa demokracja 😉

  14. @Płynna rzeczywistość
    O co chodziz tymi fajnymi d…?

    @wladimirz
    A za następnymi wyborami uchwalimy, że grawitacja nie działa.

  15. @mpn
    1.O istnieniu grawitacji każdy wie z, przykrych, doświadczeń. Więc ją neguje po alkoholu albo prochach, ale to też autoselekcja niedowiarków …
    2.Edukację swoją i młodszych każdy zna z autopsji wraz ze skutkami;-)

  16. @Płynna rzeczywistość
    fuuj

  17. „… w 1998 roku za utworzeniem gimnazjów głosowali m.in. Jarosław Kaczyński czy Antonii Maciarewicz…”

    To byl chyba koronny argument.

  18. Nie znam statystyk jak gimnazja pomogly wyrownac przepasc miedzy wsia a miastem, ale pamnietam wrzaski, oburzenie, wyjasnianie bezsensu wprowadzania tej reformy przez owczesnego ministra Hankego ( chyba tak sie nazywal), ktoremu zreszta przypisywano i inne glupoty. Natomiast bedac juz na emigracji przeczytalam co najmniej kilka artykulow na temat zgubnego wplywu gimnazji. Jesli chodzi o nauke, ze marnuje sie czas na czasem trzykrotne przerabianie tego samego materialu, a juz bardzo glosne byly opinie, artykuly jak przedwczesnie dopuszczone do „doroslosci” dzieci z gimnazjum demoralizuja sie. Absolutnie w to wierze, gdyz wczesniej, kiedy ciagle przynalezaly te dzieciaki do podstawowki to duzo rzadziej wchodzily w doroslosc w postaci wszelakich uzywek, przestepstw i czy ciaz. To mozna sobie sprawdzic w statystykach.
    W dalszym ciagu niezaleznie od podzialu etapow nauki dzieci wiejskie poza najbardzoiejm uzdolnionymi maja niewielkie szanse nie tyle skonczyc jakas pseudowyzsza uczelnie, ale zaistniec na szerszym rynku pracy.

  19. „2×2=4 mimo tego ze mowil tak Lepper”
    1. Milo poczytac fachowcow. Jako laik/obserwator (pracuje tylko na uczelni) pozwole sobie zauwazyc ze np. na kierunku matematyka na kilku polskich uczelniach reforma gimnazjalna oznaczala przesuniecie materialu o semestr tzn to czego uczono dawniej w trakcie drugiego semestru teraz wyklada sie na trzecim.
    2. Bez watpienia zrownano szanse: przecietna mlodziez z miast wie teraz tylo co mlodziez ze wsi (tj mniej niz dawniej).
    3. Zostawmy na chwile minister Zalewska i zostawmy reformy. Jak przebiega nauka ucznia w polskiej szkole?
    Jest 6 lat podstawowki – ale wlasciwe 5 i pol ew. 5 i 3/4 bo ostatni semestr to stukanie testow do testu kompetencyjnego zas po tescie kompetencyjnym trwa odpytywanie uczniow zeby mogli miec wyzsze oceny (punkt + punkt = wiecej punktow i lepsze gimnazjum).
    Sa 3 lata gimnazjum – ale tak naprawde 1 1/2 lub 2. Pierwsza klasa gimnzjum to rownanie szans. Zdolne dzieci prawie spia na lekcjach.
    Z takich przedmiotow jak np. niemiecki trwa ruch do tylu – kto chodzil do lepszej szkoly cos nowego dowie sie w polowie drugiego semestru ale wtedy juz nawet do zeszytu nie zaglada i zaczyna sie lapanie dwoj.
    Ostatni semestr to stukanie testow do testu gimnazjalnego.
    Sa 3 lata liceum ale tak naprawde 1 1/2 lub 2. Bo pierwszy rok to rownanie szans a ostatni semestr (w niektorych klasach -ostatni rok) to stukanie do matury.
    Mozemy teraz dodac: 5+ 1 1/2 + 1 1/2 = 8
    4. W starym systemie przepadal ostatni semestr 8 klasy i ostatni semestr liceum (powiedzmy rok – choc to nieprawda bo zakres matury wymuszal omowienie pewnych zagadnien). W sumie pesymistycznie liczac:
    7 1/2 + 3 = 10 1/2
    Jest roznica?
    5. Osobom broniacym aktualnego systemu sugeruje tez lekture siatek godzin. Prosze zobaczyc ile teraz wie uczen klasy o profilu ogolnym powiedzmy z fizyki a ile wiedzial kiedys (Jak kiedys mowil mi nauczyciel starej daty – „jak mi brak tego roku!”)
    6. Oczywiscie jest pytanie jakie intencje ma PIS. Ale to inny temat. Aktualny system jest drogi, marnuje czas i sily dzieci. Stary byl lepszy.
    Nie uzywajmy argumentow ze za granica tak robia:
    W Niemczech system jest dwustopniowy i bardzo brutalny – de facto wybor nastepuje po 4 klasie podstawowki. I jakos Niemcy istnieja i maja lepsza edukacje.
    7. Polowa komentarzy to obelgi na PIS. OK – mozna ich nie lubic. Ale jak kogos rozsadza niech pojdzie do jakiejs organizacji charytatywnej i im drzewa na opal narabie.

  20. @zyta2003
    Tylko że te używki zaczynają się w późnej podstawówce. Pornografia zaczyna się w podstawówce. Przemoc zaczyna się w podstawówce. Zachowania seksualne zaczynają się w podstawówce.
    Coś się zmieni, jeśli będą w tych podstawówkach dłużej?

  21. @wladimirz
    Zakładając, że rzeczywiście 2/3 Polaków jest za zniesieniem gimnazjów, to przygotowanie takiej „re-reformy” wymagałoby jednak analiz, konsultacji, szczególnego uwzględnienia głosów środowisk zainteresowanych itp. Niekoniecznie akurat te 2/3 powinno o tym decydować, zresztą może należałoby przeprowadzić referendum, choć osobiście uważam, że tu raczej powinny decydować rzeczowe argumenty niż emocje mas.
    Generalnie nie ma się co dziwić, że duża część zaangażowanych w to ludzi jest przeciwna takim zmianom, gdyż na wiele lat destabilizują szkolnictwo, plany wielu ludzi, instytucji, rodziców i dzieci. Zrobiła to poprzednia zmiana, która właściwie dopiero się zakończyła (pierwsze roczniki przebyły cały kurs po reformie od podstawówki do studiów). Jest teraz czas na analizy, poprawki, usprawnienia, optymalizacje, a nie destabilizację i re-reformę, która przesuwa możliwość takiej analizy o kolejne kilkanaście lat. Zresztą powrót do systuacji sprzed 1998 r. to nie pójscie do przodu, tylko stagnacja, starata tych 17 lat, reformą będzie ewentualnie można nazwać krok następny po re-reformie, ale wtedy będziemy już mieć dziesięciolecia strat czasu w edukacji.

  22. @jarsons
    Nie trzeba niczego zakładać – były nie raz takie badania, nawet je GW cytowała. Wrzuć w gogle to znajdziesz, chyba, że nie umiesz 😉 Rzeczowych argumentów też jest masa i są one STRUKTURALNE – tzn. żadne poświęcenie, doświadczenie czy inne „zasiedzenie’ przez gimnazja ich nie eliminuje. Tyle, że nie ma WOLI dyskusji z nimi, ale to już inna historia 🙁

  23. @mpn , a co mowiles, kiedy minister Hanke wprowadzal gimnazja? Zapewne nalezales do tych nielicznych, co piali z zachwytu. A w systemie dwustopniowym zmieni sie to co napisal @racjonalista. Bedzie znacznie mniej biurokracji, mniej miesiecy poswieconych na stukanie testow i znacznie mniej nerwowki ambitniejszych rodzicow i dzieci. Moze to tez sie liczy? Znam pare przykladow z Warszawy, niestety juz na poziomie wstepu do gimnazjum rozdziela sie nurt na te lepsze i gorsze dzieci. Na wsi n ie ma wyboru, tyle, ze bycie gimnazjalista dobrze brzmi. Nie trzeba czekac do liceum.
    Czy masz jakies konkretne dane co do wieku a nie numeru klasy kiedy to dzieci rozpoczynaja wszelaka inicjacje? Mysle, ze poczucie bycia gimnazjalista w porownaniu z uczniem szkoly podstawowej do czegos te dzieciaki „zobowiazuje”. Chyba nie trzeba udowadniac statystyka i ekspertami powszechnej prawdy: jak zawsze mlodszego roznosi duma, kiedy zostanie dopuszczony do grupy odrobine starszych i jak stara sie im dorownac.
    Wszystko mozna udowodnic, Tak jak wielu udowadnia w Polsce, ze dziecko powinna isc do regularnej szkoly dopiero gdy skonczy 7 lat.

  24. Cóż. Zgadzam się jednak z rationalist-from-bloodlands. Jestem nauczycielem od 24 lat. Uczę w liceum, oraz w gimnazjum od chwili ich utworzenia. Mieszkam w mieście 40 tysięcznym. Pomysł gimnazjów od początku mi się nie podobał. Przyznaję, że na pewno podwyższył się poziom młodzieży z terenów wiejskich jednak generalnie poziom wykształcenia młodych ludzi znacząco się obniżył. Prawdą jest, że kiedyś do liceów szli najzdolniejsi. Ci, którzy mogli sobie poradzić z programem. Dzisiaj idą prawie wszyscy, coś około 80 %. Kiedyś to było 20 %. Wielu z nich nie byloby w stanie poradzić sobie ze starym programem. Co więc robimy? Zaniżamy wymagania na oceny, odchudzamy programy, ułatwiamy czy też upraszczamy co się da. A efekt jest taki, że wiedza i umiejętności uczniów są niższe niż kiedyś. Wszyscy mówią o ocenach, statystykach. Czy ktoś pamięta o tym, że 30 lat temu by uzyskać ocenę pozytywną trzeba było przekroczyć 50%, a czasami 70? Dzisiaj to 30% a i tak wielu uczniów sobie z tym nie radzi. Moim zdaniem wina nie leży tylko w stworzeniu trójstopniowego systemu edukacji ale przede wszystkim w ciągłym obniżaniu wymagań. Uczeń uczy się na tyle na ile się mu pozwolenie. Po co ma się uczyć jak egzaminu nie można oblać albo zawsze można poskarżyć się w kuratorium, że nauczyciel jest za bardzo wymagający. Nie słyszałam jeszcze o przypadku gdy kuratorium stanęło po stronie szkoły czy nauczyciela. Poza tym. Jezeli zostawić gimnazja to tylko wówczas gdy inaczej podzielimy etapy edukacji. Moja propozycja jest inna 4 lata podstawówki z ugruntowaną wiedzą podstawową. Nie przepychamy nikogo na siłę. Uczeń musi opanować podstawy z polskiego, matematyki, języka obcego i informatyki. Potem 4 lata gimnazjum z przedmiotami specjalistycznymi. I nie 1 godzina tylko po dwie fizyki, chemii, biologii, geografii, historii w każdej klasie. To pozwoli zrealizować i utrwalić program. Potem 4-o letnie Lo z programem rozszerzonym z wybranych przedmiotów. Jestem też zdania, że system niemiecki, który ocenia predyspozycje dziecka jest dobry. Tylko u nas badanie można by przeprowadzić po gimnazjum. Od razu określono by kto może a kto nie iść do Lo. Poziom wzrośnie. Przestanie być fikcją statystyczną. Utworzyć dobre szkoły zawodowe jak w Niemczech i uzupełniające dla tych, którzy rozwijają się później i będą chcieli uzupełnić wykształcenie.

  25. Według mnie likwidacja gimnazjów to bardzo dobry pomysł. Dzieci przechodzą wtedy najgorszy okres, a idąc do gimnazjum jeszcze bardziej się im przewraca w głowach.

  26. Przepraszam za ewentualne błędy w pisowni. Pisałam w telefonie, a nie jestem w tym najlepsza.

  27. @zyta2003
    No i się mylisz, z zachwytu nie piałem. I wcale nie wszystko można udowodnić. WIększość faktów z dziedziny medycyny, biologii czy socjologii właściwie nie udaje się udowodnić. Można potwierdzić bądź obalić. Co do dumy, wszystko zależy, z czego ta duma, co z nią zrobimy…

  28. Ryba1968, bloodlands,
    Wasze argumenty nie dotyczą gimnazjów, tylko umasowienia liceów w celu umasowienia edukacji wyższej.

css.php