„Maluszki” pani minister

Śledząc działania minister edukacji narodowej, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kontakt z dziećmi i młodzieżą Anna Zalewska miała dawno temu. Chyba że pani minister ma wyjątkowego pecha i spotyka jedynie niesamodzielne maluszki, zagubione dzieciaczki, które trzeba chronić przed wszystkim (włączając szkołę) oraz niezainteresowanych niczym młodych ludzi, w dodatku niezdolnych do samodzielnego działania.

Już w grudniu ubiegłego roku okazało się, że polskie dzieci są wyjątkowo niegotowe, żeby pójść do szkoły w wieku lat sześciu. Pani minister zastanawiała się wprawdzie, co jest bardziej nieprzygotowane: dzieci czy szkoły. Wybierając obniżenie wieku szkolnego, a nie pracę nad dostosowywaniem placówek edukacyjnych, najwyraźniej doszła do wniosku, że to „maluszki” sobie nie poradzą.

Ogłoszone w poniedziałek zmiany w systemie edukacji tylko potwierdzają ten sposób postrzegania dzieci. Tzw. edukacja wczesnoszkolna (prowadzona przez jednego nauczyciela, jednocześnie wychowawcę klasy) zamiast trzech będzie trwała cztery lata. Oznacza to, że dopiero jedenastoletnie dziecko (bo przecież zakładamy, że „maluszek” pójdzie do szkoły w wieku siedmiu lat) będzie miało lekcje z nauczycielami-specjalistami od polskiego, matematyki, historii i innych przedmiotów*.

Może pani minister nie miała ostatnio okazji spotkać dzieci, które mają lat dziewięć lub dziesięć i nie wie, jak bardzo są one ciekawe świata, jak różne mogą mieć zainteresowania i jak ciężko skupić ich uwagę, jeśli nie jest się ekspertem w danej dziedzinie. Takiemu wyzwaniu sprostają tylko najlepsi nauczyciele nauczania wczesnoszkolnego. A co z uczniami, którzy nie będą mieli szczęścia i na tych najlepszych nie trafią? W porównaniu z dziećmi, które są obecnie w szkołach i które rozpoczęły szkołę podstawową w wieku lat sześciu, „maluszki” pani minister rozpoczną edukację prowadzoną przez nauczycieli konkretnych przedmiotów dwa lata później. Jak to połączyć z ideą wyrównywania szans edukacyjnych?

Ciekawe, czy pani minister miała ostatnio okazję spotkać trzynastoletnie dzieci, „młodszą młodzież” właściwe. W obecnym systemie zaczynają one edukację w gimnazjum, po wprowadzeniu „dobrej zmiany” będą jeszcze przez dwa lata w szkole podstawowej razem (między innymi) z dziećmi siedmioletnimi**. Może pani minister nie wie, ale młodzież w wieku lat trzynastu – choć oczywiście dorosłą nie jest – to jednocześnie często za taką się uważa i nierzadko potrzebuje zmiany: bardziej partnerskiego traktowania niż dzieci w podstawówce, poznania nowych koleżanek i kolegów, a także nowych nauczycieli. Dla wielu młodych ludzi to szansa na „nowe otwarcie” – np. ktoś, kto w podstawówce miał opinie lenia i nieuka, może nagle okazać się bystrzakiem, jeśli znajdzie „swój” przedmiot i/lub swojego mistrza.

W powszechnym przekonaniu wiek gimnazjalny to wyjątkowo trudny okres i najlepiej wtedy nic nie zmieniać. Na tym opiera się podzielana przez wiele osób, a także przez autorów „dobrej zmiany”, opinia, zgodnie z którą gimnazja to wylęgarnia patologii, wszelkie zło i miejsce, w którym dzieje się dzieciom krzywda. Mało kogo interesuje, że to w podstawówkach jest więcej przemocy niż w gimnazjach. Mało kto bierze poważnie opinie ekspertów zajmujących się edukacją, którzy podkreślają, że to właśnie wprowadzenie gimnazjów jest jednym z powodów edukacyjnych sukcesów polskiej młodzież w międzynarodowych testach PISA, badających przede wszystkim umiejętności uczniów. Czy naprawdę można być aż tak naiwnym, żeby zakładać, że wraz z przywróceniem ośmioletniej podstawówki problemy wychowawcze nastolatków znikną?

„Maluszki” pani minister są aż tak niesamodzielne, że – jak planują autorzy „dobrej zmiany” w edukacji – wolontariat (z łaciny voluntarius – dobrowolny) ma być obowiązkowy! To najlepszy przykład na to, jak postrzegane są dzieci przez minister Zalewską: nawet w podejmowaniu własnych inicjatyw trzeba je wyręczyć, bo jeszcze w ramach wolontariatu zaanagżują się nie w to, w co powinni.

Po co wprowadzane są zmiany w systemie edukacji? Pani minister wymienia wiele powodów. Mam jednak wrażenie, że najprawdziwszym jest chęć zrobienia inaczej, niż było, a jednocześnie spełnienie populistycznej obietnicy wyborczej (likwidacja tych patologicznych gimnazjów). A to, że jednocześnie traktuje się uczniów jako mało rozgarniętych i mało samodzielnych, zawsze można przecież wytłumaczyć troską oraz „kierowaniem się dobrem dziecka”.

*Pani minister zapowiedziała, że w klasie IV „zostawimy (…) nauczyciela nauczania początkowego jako wychowawcę, a dodatkowo pojawi się propedeutyka, czyli wstęp do przedmiotów. Dzieci będą jeszcze czuły się bezpiecznie ze swoją panią, ale jednocześnie przygotowując się do zajęć przedmiotowych” (cytat za wPolityce.pl). Trudno jednak przewidzieć, na czym ma polegać „wprowadzanie przedmiotów” – czy nauczyciel przedmiotów przyjdzie się tylko przywitać, czy może poprowadzi kilka lekcji? (Jak to wpisać w siatkę godzin?). A może będzie towarzyszył w lekcjach nauczycielowi nauczania wczesnoszkolnego? Na te pytania trudno odpowiedzieć, niewątpliwie jednak powyższy cytat doskonale pokazuje, że zdaniem pani minister poznanie nowego wychowawcy to zbyt „niebezpieczna” sytuacja dla dziesięcioletnich „maluszków”.

**Chyba że tego typu edukacja będzie się odbywała w innym budynku, co zakłada MEN, próbując zagospodarować budynki gimnazjalne.