Z okazji Dnia Matki o „niewidocznym” macierzyństwie

Polityką społeczną na rzecz rodzin mało kto zawracał sobie w Polsce głowę. Sytuacja zmieniła się wraz ze spadkiem wskaźnika dzietności, który w porównaniu z innymi krajami europejskimi zaczął osiągać wyjątkowo niskie wartości*. Wtedy problem „braku dzieci” zaistniał w dyskursie politycznym. Zaczęto proponować sposoby przeciwdziałania: od „becikowego” po 500+. Niestety, nie są to rozwiązania z zakresu polityki społecznej, lecz przede wszystkim pronatalistycznej. Co z nich wynika dla kobiet? Prosty komunikat: bierzcie się do rodzenia!

Na czym może polegać polityka społeczna na rzecz rodzin poza składaniem mniej lub bardziej zakamuflowanej obietnicy „wynagradzania” za rodzenie dzieci? Pomysłów i wynikających z nich systemowych rozwiązań jest dużo. Od stwarzania ułatwień w łączeniu pracy zawodowej z wychowywaniem dzieci (co ma najprostsze przełożenie na zwiększanie dostępność żłobków i przedszkoli), przez kreowanie prawa tak, aby promowało równouprawnienie rodziców (dobrym przykładem jest tu zarezerwowanie części urlopu rodzicielskiego do wykorzystania tylko dla ojców), po pomoc rodzicom, którzy są w trudnej sytuacji (np. mają niepełnosprawne dziecko, które wymaga długotrwałego i kosztownego leczenia oraz rehabilitacji). Efektywna polityka społeczna na rzecz rodziny to także działania państwa mające na celu podniesienie ściągalności alimentów czy też przeciwdziałanie przemocy domowej.

Czy tego typu działania są w Polsce wprowadzane? Niekoniecznie. Trzeba oczywiście docenić upowszechnienie opieki przedszkolnej**, trudno jednak nie zauważyć, że liczba miejsc w publicznych żłobkach wciąż jest skandalicznie niska. Warto pochwalić wprowadzenie dwóch tygodni urlopu „ojcowskiego”, należy jednak podkreślić, że brak zagwarantowania części urlopu rodzicielskiego tylko dla mężczyzn powoduje, że z tego świadczenia korzystają głównie matki, co nie poprawia ich sytuacji na rynku pracy. Jeśli chodzi o systemową pomoc dla rodziców dzieci niepełnosprawnych oraz o ściągalność alimentów – niełatwo znaleźć działania państwa zasługujące na docenienie. W przypadku przeciwdziałania przemocy domowej – w ostatnim czasie widać raczej wycofywanie się instytucji państwowych z tego typu działalności (najnowszy przykład to brak finansowania ze strony ministerstwa sprawiedliwości dla Centrum Praw Kobiet).

Ponieważ – jak wielokrotnie podkreślałam – dzieci to w Polsce sprawa kobiet, ich odpowiedzialność, ich obowiązki i ewentualnie ich poczucie winy, brak efektywnej polityki społecznej na rzecz rodzin jest spleciony – być może jest skutkiem, a być może powodem „niewidoczności” macierzyństwa w dyskursie politycznym. Macierzyństwo zostało „sprywatyzowane”, symbolicznie oddelegowane do „sfery domu”, wpisane w katalog zajęć typowo kobiecych i określone jako misja matek. Co ciekawe, ta „niewidoczność” macierzyństwa „widoczna” była i wciąż jest zarówno w dyskursie konserwatywnym, neoliberalnym, jak i w części przekazu z nurtu feministycznego.

Przedstawiciele partii konserwatywnych jako zwolennicy „tradycyjnego” modelu rodziny, postrzegając macierzyństwo jako podstawową rolę społeczną kobiety, jednocześnie wychodzą z założenia, że państwo i instytucje publiczne w minimalnym zakresie powinny interweniować w kwestie związane z opieką i wychowywaniem dzieci. Dobrą ilustracją dla takiego stanowiska jest niezgoda na ratyfikację „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”, co tłumaczono niepotrzebnym, a nawet szkodliwym ingerowaniem w prywatność rodzin. Konsekwencją takiego stanowiska jest postulowanie prywatyzowania opieki, i to nie tylko opieki nad dziećmi, także nad niepełnosprawnymi czy osobami starszymi. Prywatyzacja macierzyństwa i symboliczne „odesłanie” kobiet do sfery prywatnej jest tu uzasadniane poprzez odwołanie do moralnych, indywidualnych powinności matek, do ich „kobiecej misji”.

Prywatyzowanie macierzyństwa widać także w dyskursie neoliberalnym lub – używając pojęcia proponowanego przez Rafała Wosia – w „nadwiślańskiej wersji neoliberalizmu”. Jego przedstawiciele nie odwołują się do dyskursu obowiązków moralnych i aksjologicznego wymiaru macierzyństwa, a raczej do indywidualnej (sprywatyzowanej) odpowiedzialności rodziców za opiekę i wychowywanie dzieci, do ich efektywności w tym zakresie oraz do założenia, że państwo powinno minimalizować zakres interwencjonizmu i kontroli nad sferą życia rodzinnego. Ten postulat przekłada się na minimalne zainteresowanie kwestiami socjalnymi, mającymi wpływ na funkcjonowanie rodzin.

Macierzyństwo jako temat wart zauważenia i debaty długo było także – co może nieco zaskakiwać – „niewidoczne” w dyskursie feministycznym. Jak podkreśla Agnieszka Graff – dla feminizmu efekt tego braku zainteresowania życiem rodzinnym jest fatalny, ponieważ „konserwatyści przejęli w Polsce język wartości wspólnotowych, bez większych przeszkód odbierając nam słowa takie jak rodzina, rodzice, macierzyństwo czy właśnie wspólnota. Stali się w tej dziedzinie monopolistami, zostawiając lewicy chłodny język praw człowieka”.

Długo ani Manifa, ani Partia Kobiet, ani Kongres Kobiet nie podejmowały tematów związanych z macierzyństwem, co – zdaniem Graff – było wynikiem koncentrowania się polskiego ruchu kobiecego na oporze wobec Kościoła i katolickiej wizji macierzyństwa. Opór ten spowodował wykluczenie kwestii macierzyńskich (i szerzej – rodzinnych) z pola zainteresowań feminizmu, ponieważ uznano, że zostały one już wcześniej zmonopolizowane przez podejście konserwatywne.

Kolejnym istotnym powodem niepodejmowania tematów związanych z macierzyństwem było także podejście tzw. matek założycielek ruchu feministycznego w Polsce. Najlepszą ilustracją dla tego stanowiska jest szeroko komentowany wywiad udzielony przez Magdalenę Środę, w którym opowiedziała, że łączenie pracy w domu z karierą zawodową nie jest trudne, bo przecież „Pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam a sprząta mi pewna pani”, a poza tym „kiedyś »domowa kobieta« pracowała 24 godziny na dobę. Dziś najbardziej konserwatywna konserwatystka ma pralkę, zmywarkę i dziecko przed komputerem”.

Inaczej podchodzą do macierzyństwa feministki z młodszego pokolenia, czego najlepszym przykładem jest powstanie w 2006 roku Fundacji MaMa – najbardziej znanej feministycznej inicjatywy zbudowanej wokół tematyki macierzyństwa i koncentrującej się na działalności na rzecz matek. Aktywność (między innymi) Fundacji MaMa wydobywa „macierzyństwo” z prywatnej sfery domu, pokazuje, że instytucje państwowe powinny wspierać matki (oraz oczywiście rodziny), na przykład wprowadzając opisane na wstępie tego tekstu elementy polityki społecznej.

Niestety, sztandarowy projekt rządów „dobrej zmiany”, czyli program 500+, który przez samych autorów opisywany był przede wszystkim jako pomysł na zwiększenie dzietności, odwołuje się wyraźnie do polityki pronatalistycznej, a nie polityki społecznej na rzecz rodzin. Kobietom mówi się: rodźcie dzieci!

Co będzie dalej (czy znajdzie się dla nich miejsce w żłobku i przedszkolu, czy będą miały dostęp do sprawnie działającego systemu opieki medycznej, czy – jeśli zajdzie taka konieczność – zadziała system egzekwowania alimentów itd. itp.) to już mniej istotne. W tych sprawach niech matki same sobie radzą, bo przecież ogólnie wiadomo, że Matka Polka zawsze da sobie radę.

Drogie Mamy, w dniu naszego święta życzę Wam i sobie, żebyśmy były bardziej „widoczne” i lepiej reprezentowane w dyskursie politycznym. Obecnie „widoczna” jest przede wszystkim kwestia rozrodczości.

* Np. w 2003 roku wynosił 1,22, co oznaczało najniższą wartość w okresie powojennym.
** Niestety, na skutek podniesienia wieku szkolnego i zostawania w przedszkolnych zerówkach dzieci sześcioletnich dostępność przedszkoli dla trzylatków w najbliższym roku szkolnym stała się sprawą problematyczną.