To nie jest kraj dla kobiet – CD.

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu moje kolejne wpisy są tak przede wszystkim rozwinięciem jednego prostego spostrzeżenia: to coraz bardziej nie jest kraj dla kobiet. Oczywiście ta tematyczna monotonia może wynikać z zafiksowania na zagadnieniach związanych z kobietami. Mam jednak podejrzenie, że nie jest to jedyny powód. Ważniejsze jest to, że informacje potwierdzające postawioną tezę pojawiają się systematycznie i nie da się ich ignorować. Choć przecież trudno uwierzyć, żeby przedstawiciele administracji publicznej (działający na różnych szczeblach i w różnych obszarach) mogliby świadomie i konsekwentnie działać na szkodę połowy społeczeństwa.

Spójrzmy na przykłady z kilku ostatnich miesięcy. Prezydent proponuje powrót do „starego” wieku emerytalnego, co będzie skutkowało znacznym obniżeniem wysokości świadczeń wypłacanych w przyszłości kobietom. Jak podał ZUS, panie, które przeszłyby na emeryturę w wieku 60 lat, otrzymałyby o 40 proc. niższe kwoty, niż gdyby zakończyły pracę w wieku 67 lat. W przypadku mężczyzn dysproporcja nie byłaby tak duża, bo różnica między „starym” a „nowym” wiekiem emerytalnym wynosi dla nich dwa, a nie siedem lat. Jeśli do tego dodamy, że kobiety statystycznie żyją dłużej niż mężczyźni, można sensownie zakładać, że powrót do „starego” wieku emerytalnego spowoduje powstanie całkiem licznej grupy samotnych emerytek utrzymujący się z bardzo niskich świadczeń (wpis: To nie jest kraj dla emerytek).

Inny przykład – projektodawcy Ustawy o powszechnej ochronie życia ludzkiego i wychowaniu do życia w rodzinie, których stanowisko zostało poparte przez Pana Prezesa i Panią Premier (która wprawdzie później stwierdziła, że popierała jedynie „prywatnie”) całkowicie zawiesza prawa reprodukcyjne kobiet, a także może mieć groźne konsekwencje dla ich zdrowia i życia (chodzi np. o problem z dostępem do diagnostyki prenatalnej czy o ciąże pozamaciczne) („Znikające” kobiety).

W działaniach antykobiecych specjalizuje się ministerstwo zdrowia. Promowanie przez ministra „podejścia naprotechnologicznego” zamiast zamykanego w czerwcu programu in vitro stawia w bardzo trudnej sytuacji kobiety (a w zasadzie pary) mające problem z płodnością. A o zapowiadanym w grudniu ubiegłego roku Narodowym Programie Prokreacyjnym jakoś ostatnio nic nie słychać. Dodatkowo w marcu Konstanty Radziwiłł zapowiedział, że za trzy miesiące (a więc już w czerwcu) wprowadzone zostaną recepty na „pigułki po”, co zdaniem ministra „przywróci normalność” i oduczy nierozsądne kobiety sięgania po środki antykoncepcyjne jak po cukierki. Cóż z tego, że jednocześnie mocno skomplikuje sytuację kobiet, które będą chciały/będą musiały skorzystać z antykoncepcji awaryjnej (Luźne majtki zamiast in vitro).

W ciąg takich „dobrych zmian” dotyczących kobiet wpisują się trzy kolejne, bardziej aktualne.

Pierwsza sprawa. Na terenie Województwa Podkarpackiego nie ma już możliwości wykonania legalnej aborcji. Lekarze z ostatniej placówki, w której zabiegi były wykonywane, podpisali „klauzulę sumienia”. W konsekwencji kobiety z tego województwa, które mają prawo do przeprowadzenia aborcji (ze względu na to, że ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety; badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu lub ciąża jest wynikiem czynu zabronionego: gwałtu, stosunku kazirodczego – co wylistowuję, żeby podkreślić w jak trudnej sytuacji są osoby decydujące się na aborcję) nie znajdą w swojej okolicy szpitala, w którym lekarze wykonywaliby przewidziane prawem zabiegi. Stanisław Kruczek, członek Zarządu Województwa Podkarpackiego, w wypowiedzi dla Radia TOK FM nie krył zadowolenia z tego stanu rzeczy, podkreślił, że w Podkarpackim wiadomo, że „życie jest od poczęcia do naturalnej śmierci” i podziękował lekarzom za podpisanie „klauzuli sumienia”. Przedstawiciel administracji publicznej nie widzi więc problemu w tym, że w województwie, którym zarządza, kobiety nie mają dostępu do świadczeń zagwarantowanych obowiązującym prawem. Najwyraźniej Art. 2, ust 1. Ustawy o samorządzie wojewódzkim, zgodnie z którym „Organy samorządu województwa działają na podstawie i w granicach określonych przez ustawy” nie ma tu zastosowania.

Kolejna kwestia. Ministerstwo sprawiedliwości nie przyznało dotacji Fundacji Centrum Praw Kobiet na prowadzenie działalność mającej na celu pomoc ofiarom przemocy domowej. Na stronie CPK logo ministerstwa sprawiedliwości wciąż jest umieszczone jako pierwsze wśród instytucjach wspierających. Ze sprawozdania finansowego z 2013 roku (ostatnie dane dostępne na stronie Centrum) wynika, że to właśnie ministrostwo sprawiedliwości – obok Urzędu Miasta st. Warszawy oraz Open Society Institute – było największym grantodawcą dla CPK. To się zmieni, a tę zmianę ministerstwo uzasadnia „zawężaniem [przez CPK] pomocy do jednej grupy” – kobiet. Czy to wyjaśnienie wynika z niewiedzy na temat ofiar przemocy domowej, której doświadczają głównie kobiety i dzieci, w dalszej kolejności osoby starsze i niepełnosprawne? Dane można łatwo znaleźć, są na przykład w Krajowym Programie przeciwdziałania przemocy w rodzinie na lata 2014-2020 dostępnym na stronie internetowej ministerstwa sprawiedliwości.

I ostatnia sprawa. Narodowy Fundusz Zdrowia uruchamia mający trwać rok pilotaż programu Koordynowana opieka nad kobietą w ciąży (KOC). Efektem jego realizacji ma być „kompleksowa opieka medyczna nad matką i dzieckiem, poprawa komfortu i poczucia bezpieczeństwa kobiet w okresie ciąży, porodu i połogu, zmniejszenie umieralności okołoporodowej, a także mniejsza liczba cięć cesarskich”. Świetny pomysł! Jednak – jak to zwykle bywa – diabeł tkwi w szczegółach. Po pierwsze – do tej pory, kobiety miały wybór, ciąże mogła prowadzić położna (która była zobowiązana do skierowania pacjentki co najmniej na trzy konsultacje do wybranego przez kobietę lekarza) lub lekarz (który z kolei powinien skierować kobietę po 20. tygodniu ciąży na konsultacje z położną). Zgodnie z założeniami KOC kobietą w ciąży zajmie się „zespół złożony z lekarza ginekologa, położnej oraz lekarzy szpitala”. Oznacza to, że ciężarna nie będzie mogła wybrać oddzielnie położnej oraz oddzielnie lekarza, będzie się nią opiekował „zespół” z jednego szpitala. Po drugie – do programu mogą przystąpić (i jednocześnie uzyskać korzystniejsze warunki finansowania z NFZ) jedynie duże szpitale, w których w ostatnim roku odbyło się nie mniej niż 600 porodów. Jak zwraca uwagę Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych, może to prowadzić do gorszej opieki nad kobietami, które mieszkają na wsi i w małych czy średnich miastach – daleko od specjalistycznych ośrodków.

Logika opisanych wyżej „dobrych zmian”, które dotyczą kobiet jest spójna – mniej wolności wyboru. Widać to w zapowiedziach oraz w już realizowanych działaniach. W takie podejście wpisuje się zarówno pomysł „powrotu do normalności” przez wprowadzenie recept na „pigułki po”, jak i planowane zmiany w „ustawie aborcyjnej” oraz istniejące już utrudnienia w przeprowadzeniu legalnej aborcji (obecnie dotyczy to „tylko” Województwa Podkarpackiego, czy tak zostanie?), a także ograniczenia w wyborze położnej i lekarza, którzy będą prowadzić ciąże.

Wymienione przykłady dotyczą bardzo różnych spaw. Powtórzę zdanie z początku tekstu: aż trudno uwierzyć, że przedstawiciele administracji publicznej (działający na różnych szczeblach i w różnych obszarach) mogliby świadomie i tak konsekwentnie działać na szkodę połowy społeczeństwa. Ciąg dalszy nastąpi?

 

PS Jubileusz – w maju blog PunktS obchodzi dwa lata. Skromna to rocznica, ale dla mnie ważna. Chciałam serdecznie podziękować tym, którzy systematycznie, i tym, którzy sporadycznie odwiedzają tę stronę. Zdając sobie sprawę, że w internecie jest bardzo dużo treści (a wiele z nich jest ciekawych), tym bardziej jest mi miło, że mają Państwo czas i ochotę, żeby czytać oraz komentować wpisy publikowane na tym blogu.