Mniej „siostrzeństwa”, więcej obywatelskości


Opinie Polaków dotyczące warunków przeprowadzania legalnej aborcji coraz silniej się radykalizują. Jest to tym bardziej widoczne, gdy zestawi się zmianę w poglądach na ten temat z rosnącym liberalizmem w podejściu do innych kwestii obyczajowych. Dyskurs dotyczący rozrodczości został zdominowany przez podejście konserwatywne. Czy sprzeciw społeczny wywołany propozycją zaostrzenia ustawodawstwa „antyaborcyjnego” może być początkiem zmian?

Społeczne przyzwolenie dla przeprowadzenia aborcji w sytuacji, gdy utrzymanie ciąży zagraża życiu kobiety albo zagraża jej zdrowiu oraz gdy ciąża jest wynikiem gwałtu lub kazirodztwa, jest wysokie. Jak pokazują badania realizowane przez CBOS na początku kwietnia tego roku, 80 proc. badanych dopuszcza aborcję w pierwszym przypadku, 71 proc. w drugim, 73 proc. w trzecim.

Jednocześnie jednak warto podkreślić, że w 1992 roku – na rok przed wprowadzeniem ustawy „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży” (wtedy CBOS po raz pierwszy prowadził badanie na ten temat, używając powtarzanej potem metodologii) – 88 proc. respondentów dopuszczało przerwanie ciąży w sytuacji zagrożenia życia matki, 82 proc. gdy zagrożone było zdrowie kobiety, a 80 proc. w przypadku, gdy ciąża była efektem gwałtu lub kazirodztwa.

Zaostrzanie opinii jeszcze lepiej widać w odpowiedziach na pytania o dopuszczanie aborcji w sytuacji, gdy wiadomo, że dziecko urodzi się upośledzone (w 1992 roku terminację ciąży w takim przypadku dopuszczało 71 proc. badanych, obecnie 53 proc.) oraz wtedy, gdy powodem przerwania ciąży jest to, że „kobieta nie chce dziecka” (w 2002 roku – wtedy po raz pierwszy o to zapytano – 28 proc. badanych dopuszczało aborcję, 58 proc. było przeciwnych; obecnie to odpowiednio 13 i 76 proc.).

Radykalizacja poglądów w sprawie aborcji jest tym bardziej zauważalna, jeśli zestawi się opinie na ten temat z coraz bardziej liberalnym podejściem Polaków do różnych kwestii związanych z obyczajowością – na przykład coraz więcej akceptuje antykoncepcję, rozpoczynanie życia seksualnego przed ślubem, stosowanie procedury in vitro, rozwody, życie w związku bez ślubu, homoseksualizm, eutanazję.

Można wskazać na różne przyczyny tego stanu rzeczy, na przykład na wpływ przekazu Kościoła katolickiego czy oddziaływanie prawa (może tu działać związek przyczynowo-skutkowy: zaostrzenie prawa wpływa na radykalizację opinii). Niektórzy zwracają uwagę na postęp w diagnostyce prenatalnej – dzięki ultrasonografii coraz wcześniej i coraz wyraźniej można obserwować rozwój płodu i „zobaczyć dziecko”. Inni uważają, że większa niż na początku lat 90. dostępność antykoncepcji wpływa na zaostrzenie opinii na temat dopuszczania aborcji, ponieważ coraz więcej osób wychodzi z założenia, że skoro kobieta może się zabezpieczyć, a tego nie robi i zachodzi w ciążę, to nie powinna mieć prawa do wykonania aborcji. Z pewnością wiele z tych argumentów jest słusznych.

Chciałabym zwrócić uwagę na inną potencjalną przyczynę zaostrzania opinii – na jednoznaczny i, jak się okazuje, skuteczny przekaz formułowany przez stronę prolife („aborcja to zabijanie” – „morderstwo prenatalne”, człowiek powstaje w momencie połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej) oraz znacznie mniej efektywny sposób komunikowania się strony prochoice.

Pierwsza grupa narzuca język mówienia o aborcji, czego skrajnym przykładem jest projekt ustawy złożony przez Instytut Ordo Iuris, w którym nie ma mowy ani o „płodzie” (są „dzieci poczęte”), ani o „kobietach” (zastąpiono je „matkami”). Druga strona na temat praw prokreacyjnych mówi dużo i głośno. Jest to przecież obok kwestii równościowych najczęściej podnoszone hasło na Manifach („Nasze ciała, nasze życie, nasze prawa”, „Moje życie – mój wybór” czy w 2016 roku: „Aborcja w obronie życia”). Ale najwyraźniej jest to przekaz nie do końca przekonujący. Moim zdaniem może to być spowodowane „zamykaniem się” strony prochoice w „siostrzanym” kręgu osób i tak już do sprawy przekonanych. Mam wrażenie, że manifestacja, która odbyła się w zeszłą sobotę pod hasłem „Odzyskać wybór”, jest dobrym tego przykładem.

Po pierwsze – nie do końca rozumiem, dlaczego podczas demonstracji przemawiały przede wszystkim kobiety. Wiele z nich zwracało się do mężczyzn, którzy licznie przybyli pod parlament, doceniając ich obecność i dziękując za nią. Tym bardziej dziwi, że na scenę nie zaproszono panów (spoza grupy LGBT), którzy wsparliby protest kobiet. Oczywiście doskonale rozumiem sprzeciw wobec organizowaniu dyskusji dotyczących różnych aspektów życia kobiet, w których biorą udział jedynie mężczyźni. Z pewnością jednak obecność mężczyzn na scenie podczas manifestacji „Odzyskać wybór” trudno porównać do takich sytuacji. Mam wrażenie, że zdominowanie sceny przez kobiety nie służy dobrze celowi zgromadzenia. Przeciwnie – pokazuje, że o sprawie aborcji chcemy rozmawiać w swoim babskim gronie. Tymczasem to nie tylko sprawa kobiet i nie tylko one sprzeciwiają się próbom zawłaszczenia praw reprodukcyjnych, a to, że na manifestację przyszło wielu mężczyzn, tylko to potwierdza. Dlaczego nie dać im głosu? Dlaczego zamykać się w kręgu „sióstr”?

Po drugie – organizatorki spotkania na FB apelowały: „osoby należące do partii zapraszamy bez flag”. Jak tłumaczyła jedna z inicjatorek: „osoby, która przyjdzie z flagą partii lub organizacji (…), poprosimy o schowanie flagi, ponieważ nasz protest nie ma służyć promocji konkretnych partii/organizacji” (wyjątkiem były flagi LGBT przez organizatorów „mile widziane”).

Moim zdaniem eksponowanie flag organizacji (przede wszystkim chodziło o KOD) lub partii politycznych na tego typu spotkaniu to raczej świadectwo, że zróżnicowane grupy i środowiska popierają hasło „Odzyskać wybór”, a nie forma promocji. Trudno mi zrozumieć powody tego rodzaju wykluczania, bo naiwnie zakładam, że im większe i różnorodne poparcie, tym większa siła protestu. Dla mnie to kolejny przykład izolowania się w „siostrzanym” kręgu lub jeszcze węziej – w kręgu organizacji feministycznych. A przecież chodzi właśnie o to, żeby wyjść poza to środowisko i zaangażować osoby dotąd niezaangażowane.

Po trzecie – przekaz dotyczący aborcji. Choć jestem przekonana, że decyzja o terminacji ciąży powinna być podejmowana przez kobietę, to trudno mi zaakceptować sprowadzanie aborcji jedynie do kwestii ekonomicznej, do tego, czy kobietę stać na przeprowadzenie nielegalnego zabiegu za granicą oraz do deklaracji, że i „tak będziemy to robić”. Taka narracja (obecna np. w wypowiedzi na temat potencjalnych wyjazdów do Berlina w celu dokonania aborcji, na które nie wszystkie kobiety będą mogą sobie pozwolić) wskazuje na postrzeganie aborcji jako jednej z metod antykoncepcyjnych. Jestem przekonana, że taki przekaz ani nie służy walce o prawa reprodukcyjne kobiet (bo łatwo go przerobić na opowieść o wściekłych feministkach, które między śniadaniem a pracą skoczą na zabieg, żeby „zabijać swoje dzieci”), ani w niczym nie pomaga dziewczynom, które podejmowały taką decyzję i miały wiele wątpliwości, niekoniecznie tylko natury ekonomicznej.

Postulowana przez jedną z mówczyń kolejność: po pierwsze – aborcja, po drugie – edukacja i antykoncepcja – także nie układa się w przekonujący i nośny komunikat. To kolejny argument podawany jak na tacy krytykom manifestacji, którzy mogą zakrzyknąć: „no właśnie, rozhisteryzowane baby chcą zabijać nienarodzone dzieci”. Obok takiej narracji – trzeba to wyraźnie podkreślić – mówiono podczas manifestacji o aborcji i o prawach kobiet także z innych perspektyw i na przykład wskazywano na brak edukacji, podkreślano różnicę między zarodkiem a człowiekiem, pokazywano traumatyczne konsekwencje nieprzeprowadzenia aborcji. Mam wrażenie, że tego typu przekaz mógłby być znacznie skuteczniejszy w przekonywaniu „nie do końca przekonanych” niż opowieść o beztroskim podejściu do aborcji.

Projekt zaostrzenia przepisów aborcyjnych zaktywizował bardzo wiele osób, które do tej pory nieszczególnie interesowały się tym tematem. Szybko rosnąca liczba członków grupy „Dziewuchy dziewuchom” pokazuje, jak duży jest społeczny potencjał. I choć oczywiście do facebookowych lajków oraz deklaracji członkowska trzeba podchodzić ostrożnie, warto zauważyć, że powstała kilka dni temu grupa „DD” ma już ponad 102 000 członków, podczas gdy istniejącą od 2001 roku Fundację Feminotekę – najbardziej popularną spośród organizacji feministycznych tworzących koalicję „Porozumienie ODZYSKAĆ WYBÓR” – lubi „jedynie” 40 650 osób.

Może w batalii o zachowanie status quo w sprawie aborcji lub w walce o liberalizację przepisów warto nieco przestawić akcenty? Może przydałoby się mniej beztroski w podejściu do aborcji, mniej stwierdzeń typu: „i tak będziemy to robić”, za to więcej argumentów (na przykład podkreślanie, że w różnych religiach różnie określa się moment, od którego „zaczyna się człowiek” i że także w obrębie chrześcijaństwa istnieją odmienne odpowiedzi na to pytanie; pokazywanie indywidualnych i społecznych konsekwencji aborcji)?

Może warto, żeby w tej sprawie obok „sióstr”, wskazujących przede wszystkim na indywidualne prawo do decydowania o swojej rozrodczości (co jest oczywiście niezwykle ważne) występowały także obywatelki i obywatele, którzy poczuli się – łagodnie mówiąc – zirytowani próbą ograniczania ich praw (obywatelskich) i zawłaszczania przez jedną ze stron kwestii tak ważnej dla WSZYSTKICH.

[Przygotowując się na – mówiąc delikatnie – niepozytywne komentarze, chcę wyraźnie podkreślić, że w pełni doceniam pracę oraz zaangażowanie organizatorek manifestacji „Odzyskać wybór” oraz ich sprawność organizacyjną. Powodem powstania tego wpisu jest poddanie pod dyskusję sposobu prowadzenia skutecznej – co znaczy: zdobywającej poparcie społeczne – batalii o prawa reprodukcyjne i godność kobiet].