„Znikające” kobiety

Pomysłodawcom projektu ustawy „o powszechnej ochronie życia ludzkiego i wychowaniu do życia w rodzinie” (tak brzmi zmieniony tytuł ustawy „o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”) udało się coś z pozoru niemożliwego – przygotowując dokument dotyczący rozrodczości, nie uwzględnili w nim kobiet*. Kobiety (ciężarne) zniknęły. Są matki (dzieci poczętych).

Nieobecność kobiet nie wynika oczywiście z przypadku. Nie jest też niedopatrzeniem. Kobiety zostały zastąpione przez matki i trudno o wyraźniejszą ilustrację dla obecnego w dyskursie strony prawicowej utożsamiania kobiecości z macierzyństwem. W tym podejściu przyjmuje się, że priorytetem, powołaniem, misją oraz podstawowym zadaniem, a także i „świętym obowiązkiem” kobiety jest macierzyństwo. Kobiety niemające dzieci są „niepełnowartościowe” i „niespełnione” (jeśli zdecydowały, że nie chcą rodzić) lub w najlepszym przypadku „nieszczęśliwe” i trzeba im współczuć (jeśli nie mają dzieci z powodu problemów z zajściem w ciąże).

Matka – co oczywiste – definiowana jest przez posiadanie dziecka. W przypadku projektu ustawy przygotowanego przez Instytut Ordo Iuris – „dziecka poczętego”. Słowo „płód” nie pojawia się ani razu w proponowanym dokumencie, co oczywiście nie powinno dziwić, skoro przyjmuje się, że „dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej” (propozycja wpisania § 24 do art 115 kodeksu karnego).

Przy tym założeniu nie ma mowy o zygocie, zarodku, płodzie. Jest dziecko poczęte, którego życie poddawane jest ochronie. Na przykład ochronie przed działaniami lekarza, który nie będzie odpowiadał karnie jedynie wtedy, gdy interwencja medyczna przyczyniająca się do śmierci dziecka poczętego była zastosowana w przypadku „bezpośredniego zagrożenia dla życia matki” (co wyklucza np. usunięcie ciąży pozamacicznej, dopóki nie nastąpi krwotok). A także ochronie przed działaniami matki – pomysłodawcy ustawy zakładają litościwie, że wobec matki, która spowoduje śmierć dziecka poczętego, „działając nieumyślnie” (kto ma pomysł, jak to interpretować i gdzie kończy się „działaniu nieumyślne”?), „sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia” (propozycja art 152 § 5 kodeksu karnego). Jeśli jednak matka nie działała „nieumyślnie”, grozi jej od 3 do 5 lat pozbawienia wolności. Najwyraźniej twórcy projektu zakładają, że matki bywają (śmiertelnie) niebezpieczne dla dzieci poczętych i warto z góry zapewnić prokuraturze narzędzia kontrolowania i karania**.

Na marginesie: o ile w dyskursie prawicowych polityków, wspartych przez stanowisko episkopatu, status i sytuacja „dzieci poczętych” jest oczywista, o tyle dzieci, które już się urodziły, to grupa dość problematyczna. Do nich zwolennicy „dobrej zmiany” mają stosunek ambiwalentny. Z jednej strony podwyższają wiek rozpoczęcia edukacji szkolnej, kierując się postulatem „przedłużania dzieciństwa” (cokolwiek miałoby to znaczyć), co służy obronie, a nawet „ratowaniu maluchów” przed szkołą, która najwyraźniej z dzieciństwem nie ma nic wspólnego, z drugiej jednak strony – nie starali się bronić maluchów przed przemocą fizyczną w domu – gdy w 2010 roku dyskutowano w parlamencie projekt ustawy wprowadzającej zakaz stosowania kar fizycznych wobec dzieci, poseł Marek Matuszewski (PiS) apelował, aby bronić „polskich rodzin przez zakazem wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami i sumieniem” i nie wspominał o obronie polskich dzieci przed przemocą domową, a Henryk Kowalczyk (PiS), powołując się na swoje obserwacje poczynione w Kanadzie, ostrzegał: „Czy projektodawcy nie obawiają się, że nieletni będą szantażować swoich rodziców? Podam przykład: »Stary, jak nie dasz mi forsy, to się poskarżę na ciebie i sąd dopiero ci pokaże«. Naprawdę tam rodzice żyją w takim strachu, proszę państwa. Takie przypadki są częste”. Zamiast rozkosznych maluchów i ich beztroskiego dzieciństwa, które należy wydłużać, odkładając obowiązek szkolny, mamy więc groźnych nieletnich szantażystów. Same problemy z tymi dziećmi, które już się urodziły.

Może z tego powodu oprócz programu 500+, dzielącego dzieci na „pierwsze” (które nie otrzymają wsparcia w postaci 500 zł miesięcznie, nawet jeśli dochody w rodzinnie chociaż o złotówkę przekraczają zakładany limit) oraz „drugie i kolejne” (które pieniądze dostaną, nawet jeśli wychowują się w rodzinach o bardzo dobrej sytuacji ekonomicznej) oraz oprócz podwyższenia wieku rozpoczęcia szkoły, ekipa „dobrej zmiany” dzieci nie dostrzega – nie proponuje na przykład rozwiązań dotyczących żłobków i przedszkoli, poprawy sytuacji rodziców dzieci niepełnosprawnych, poprawy dostępności usług medycznych dla dzieci, zmian mających na celu wyrównywania szans dzieci w dostępie do wysokiej jakości edukacji itd.

Wracając do kobiet – w poprzednim wpisie pt. „To nie jest kraj dla emerytek” pisałam o odsyłaniu kobiet do sfery domowej. Chodziło zarówno o sytuację emerytek po wprowadzeniu postulowanego przez prezydenta obniżenia wieku emerytalnego, jak i o dezaktywizację kobiet, która może być skutkiem działania programu 500+. To jednak nic w porównaniu ze „znikaniem” kobiet jako konsekwencją ewentualnego wprowadzenia ustawy „o powszechnej ochronie życia ludzkiego i wychowaniu do życia w rodzinie”. Jeśli ten projekt stanie się obowiązującym prawem, to po prostu „nie będzie kraj dla kobiet”.

* Słowo: kobieta w projekcie pojawia się tylko raz i chyba jako konsekwencja przepisania części zapisu z obecnie obowiązującej ustawy – „opiekę prenatalną nad płodem oraz opiekę medyczną nad kobietą w ciąży” (tak jest obecnie) zastąpiono „opieką medyczną nad kobietą w ciąży oraz dzieckiem poczętym”.

** Najwytrawniej kobiety ogólnie bywają nieodpowiedzialne i niedouczone, co na przykład garściami łykają „pigułki po”, przed czym na szczęście uratuje je minister zdrowia „przywracając normalność” i recepty.

[rys. Andrzej Rysuje]