To nie jest kraj dla emerytek

Jak prognozuje ZUS, przy wprowadzeniu proponowanego przez prezydenta obniżenia wieku przechodzenia na emeryturę kobiety, które dzisiaj mają nieco powyżej 40 lat, będą zarabiać o około 40 proc. mniej niż wtedy, gdyby pracowały do 67. roku życia.

Kobiety najwięcej stracą na powrocie do starych zasad dotyczących przechodzenia na emeryturę, jeśli będą pracować o siedem lat mniej, wypłacane im świadczenia będą znacznie niższe. W przypadku mężczyzn różnica będzie mniejsza, bo powrót do poprzednich reguł oznacza krótszą pracę i krótszy okres składkowy jedynie o dwa lata.

Kobiety żyją dłużej niż mężczyźni – obecnie średnio 82 lata (mężczyźni – 73). Ponad 15 proc. Polek (wśród kobiet w wieku powyżej 15 lat – tak to liczy GUS) to wdowy (wdowców jest 3 proc.). To oczywiście tylko prognozy i statystyki. „Tylko” i „aż”, bo jasno z nich wynika, że po obniżeniu wieku emerytalnego duża grupa starszych kobiet będzie skazana na życie przez kilka lat z niskiej emerytury, często samotnie.

PiS oczywiście odpowiada: przecież nikogo do niczego nie zmuszamy, jeśli ktoś będzie chciał, może pracować dłużej. Problem w tym, że pracodawcy niekoniecznie będą podzielać to optymistyczne podejście i zatrudniać osoby, które formalnie mogłyby już przejść na emeryturę. Wolność wyboru może więc w wielu przypadkach okazać się tylko pozorna.

W założeniu, że wiek emerytalny kobiet i mężczyzn powinien się różnić o 5 lat, wpisany jest tradycyjny model podziału obowiązków domowych: „starsi” panowie do 65. roku życia mają pracować i zarabiać, „starsze” panie (przepraszam wszystkich, którzy w tym wieku wcale nie czują się starsi), kończąc 60 lat, mają inne obowiązki – najlepiej niech zajmują się wnukami.

Tradycyjne podejście do podziału ról w rodzinie widać także w koncepcji „500 plus”. Moim zdaniem ten projekt jako program mający przyczynić się do zwiększenia dzietności jest nierealistyczny, a jako program socjalny – nieefektywny, a nawet szkodliwy, ponieważ np. nie dostrzega rodzin mających trudną sytuację materialną i wychowujących tylko jedno dziecko.

Program paradoksalnie dzieli dzieci na „wartościowe”, czyli te, na które rodziny dostają pieniądze (drugie i kolejne dziecko, ale tylko dopóki nie przekroczy 18. roku życia), oraz te „mniej warte”, bo nieuprawnione do otrzymywania świadczenia (jedynacy i dzieci pełnoletnie). Innym negatywnym następstwem „500 plus” może być dezaktywizacja zawodowa kobiet. Zwracają na to uwagę nie tylko „zewnętrzni” krytycy programu, ale także ministerstwo finansów, w opinii którego „należy spodziewać się, że wzrost transferów pieniężnych do rodzin spowoduje dezaktywizację (rezygnację z pracy lub zaprzestanie jej wykonywania) wśród rodziców, których (potencjalne) zarobki są drugie pod względem wysokości w rodzinie”. Te „drugie zarobki” znacznie częściej mają kobiety i to one zostaną w domu. Choć oczywiście będą miały wybór, co z tego, że jedynie pozorny.

Wdrażając bardzo kosztowny program „500 plus”, rządzący budują politykę społeczną na rzecz rodzin z dziećmi przede wszystkim na wypłacaniu świadczenia, a nie na przykład na podejmowaniu działań mających na celu zapewnienie bezproblemowego i bezpłatnego dostępu do żłobków oraz przedszkoli czy też na wdrażaniu idei dzielenia się obowiązkami i opieką nad dziećmi przez oboje rodziców. Tu ponownie wracamy do: po pierwsze – tradycyjnego modelu rodziny, który rządzący wyraźnie mają za ideał – po co żłobki i przedszkola, niech mama lub ewentualnie babcia zajmą się dzieckiem.

A po drugie – do sytuacji, w której wybór, tak jak w przypadku przechodzenia na emeryturę, jest tylko wyborem pozornym – bo co ma zrobić matka, gdy nie znajdzie miejsca w żłobku lub w publicznym przedszkolu? Odpowiedź jest prosta: zostanie w domu. W ten sposób kobiety są „odesłane” do sfery domowej. I to, że funkcję premiera rządu sprawuje kobieta, niewiele tu zmienia.

Mamy, które dzisiaj, uzupełniając domowy budżet o świadczenia z „500 plus”, dłużej zostaną poza rynkiem pracy, w przyszłości – o ile oczywiście ten program będzie funkcjonował, co wcale nie jest takie oczywiste, biorąc pod uwagę, że w kolejnym roku nie ma na niego zapewnionego finansowania – będą otrzymywać niższe świadczenia emerytalne. Spirala się nakręci i to coraz bardziej nie będzie kraj dla kobiet, a już szczególnie nie dla tych starszych. Ale ponieważ dotyczy to nieco dalszej przyszłości, teraz mało kto – a rządzący to już najmniej – się tym przejmują.