Duża siła małych zmian

Nie jestem ani tak naiwna, ani bezkrytyczna, nie mam aż tak dużych problemów z pamięcią, żeby bronić tezy, zgodnie z którą to dopiero za czasów ekipy promującej „dobrą zmianę” zaczęto psuć reguły, na których opiera się funkcjonowanie państwa, i psuć instytucje państwowe.

Nie mam jednak wątpliwości, że od 1989 roku nigdy te procesy nie były ani tak intensywne, ani tak destrukcyjne dla relacji państwo-obywatele. I nie chodzi tylko o sprawy tak fundamentalne, jak Trybunał Konstytucyjny, służba cywilna czy prokuratura. Chodzi o wprowadzenie wielu z pozoru mniej istotnych zmian, które mogą być równie niszczące, choć nie są tak spektakularne.

Zabiegi związane z „dobrą zmianą” dotyczącą Trybunału Konstytucyjnego są najbardziej drastycznym przykładem na podważanie zasad demokratycznego państwa prawa. Decyzja rządu o niepublikowaniu wyroku Trybunału z 9 marca jest bezprecedensowa dla państw demokratycznych. Profesor Marek Safjan pamięta jedynie dwa przypadki nieuznania wyroków instytucji odpowiadających kompetencjom polskiemu TK: jeden na Białorusi, po przejęciu władzy przez Łukaszenkę, drugi na Ukrainie – po pomarańczowej rewolucji.

Działania rządzących dotyczące Trybunału to także przykład deprecjonowania instytucji państwowej w opinii obywateli – w końcu minister sprawiedliwości nie bez powodu pokazywał w telewizji dane mające świadczyć o lenistwie polskich sędziów; szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, kierując się „swoimi poważnymi wątpliwościami”, wstrzymywała publikowanie orzeczenia TK, a poseł Patryk Jaki dowodził, że sędziowie Trybunału mogą co najwyżej spotkać się i „zamówić espresso i ciasteczka”. Zarzucony pomysł przeniesienie siedziby TK poza stolicę to najbardziej kuriozalny przykład próby dyskredytacji tej instytucji.

Psucie państwa odbywa się nie tylko na szczeblu najwyższym. To także szereg równie destrukcyjnych, choć małych zmian dokonywanych w instytucjach państwowych. Oto kilka przykładów.

Minister szkolnictwa wyższego w 13 przypadkach zmienił decyzje Zespołów Specjalistycznych i rekomendacje Rady Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki w sprawie przyznania (bądź nieprzyznania) grantów w konkursie NPRH. Minister ma do tego prawo (warto jednak zaznaczyć, że wcześniej z tego prawa nie korzystano), ale podejmując tę decyzję, przede wszystkim jednoznacznie pokazał, co sądzi o ekspertach i ich opiniach. Co sądzi o Radzie – dał wyraz kilka dni później, „kończąc jej działalność w dotychczasowym składzie”.

Prezes Agencji Nieruchomości Rolnych odwołał prezesów stadnin w Janowie Podlaskim oraz Michałowie. Zwolnieni są wybitnymi ekspertami, a efekty ich pracy oraz fachowość (mierzone zarówno cenami, za jakie sprzedawane są konie z tych stadnin, czempionatami, które zdobywają, jak i uznaniem na świecie – Marek Trela pełni obowiązki wiceprzewodniczącym Światowej Organizacji Konia Arabskiego) są trudne do kwestionowania. To jednak nic nie znaczy. Nowym prezesem Janowa został ekonomista, który szczerze przyznaje, że wprawdzie nie miał wcześniej „bliskiej styczności z końmi”, ale „czuje, że to będzie jego pasja”. Trudno o lepszy przykład na brak wstydu.

Ministerstwo kultury wymieniło skład ekspertów przyznających dofinansowanie czasopismom kulturalnym. Być może minister jednak nie do końca dowierza powołanym przez siebie specjalistom, bo – jak poinformowała urzędniczka z Departamentu Mecenatu Państwa – odwołania w sprawie nieprzyznanych dotacji pan minister rozpatrzy osobiście.

Posłowie sejmowej Komisji środowiska zaproponowali zmiany dotyczące Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Zmiany mają polegać między innymi na stworzeniu możliwości odwoływania członków Rady przez ministra rolnictwa przed końcem ich kadencji. Czyżby – takie naiwne pytanie – chodziło o bezproblemowe usuwanie ekspertów, którzy wydadzą opinie niepasujące ministrowi?

Takich przykładów jest znacznie więcej. O większości mało kto – oprócz bezpośrednio zainteresowanych, ich rodzin i znajomych – się dowie, bo dotyczą instytucji państwowych działających na poziomie lokalnym.

Najprościej można interpretować te zmiany w kategoriach „TKM” i opisać je jako bezkompromisowe oraz aroganckie działania mające na celu zapewnienie miejsc pracy dla zasłużonych i znajomych. Z pewnością ta diagnoza w wielu przypadkach jest trafna. Niezależnie jednak od motywacji autorów „dobrej zmiany” są to przede wszystkim przykłady psucia instytucji państwowych i ogólniej psucia państwa. Jeżeli te instytucje stają się tak bardzo zależne od woli kilku rządzących, jeżeli podważyć można wszystkie reguły, jeżeli ekspertem może być każdy, kto ma „pasję” i odpowiednie koneksje, to… wszystko jest dozwolone.

Funkcjonowanie państwa opiera się – by sięgnąć do klasycznego terminu – na umowie społecznej: i rządzący, i obywatele zobowiązują się do przestrzegania reguł. Jeśli rządzący się z tego nie wywiązują, dlaczego mieliby to robić obywatele? Z jakiego powodu mieliby na przykład stosować się do prawomocnie wydanych wyroków sądu, które będą dla nich niekorzystne (przecież sądy wydają „tylko opinie”); dlaczego powinni płacić podatki, jeżeli uznają stawki za niesprawiedliwe; z jakiego powodu pracownicy instytucji państwowych mają starać się sumiennie i profesjonalnie wykonywać swoją pracę, skoro widzą, że dookoła awansują ci najmniej kompetentni?

Pytanie: co dalej? Co dalej, gdy podważone zostały zasady, na których oparte jest demokratyczne państwo, gdy niszczony jest autorytet instytucji państwowych, gdy dyskredytowani są eksperci, gdy podważone zostają wiedza i doświadczenie fachowców? Czy ekipa „dobrej zmiany” jest aż tak naiwna, żeby sądzić, że po totalnej destrukcji wystarczy wprowadzić nowych ludzi (co z tego, że niekompetentnych) oraz nowe reguły (które w razie potrzeby da się szybko zmienić ustawą głosowaną w nocy) i państwo będzie sprawnie działało? A może rządzącym jest to obojętne, bo teraz interesuje ich przede wszystkim władza i to, żeby „nie cofnąć się nawet o krok”.

Rys. Andrzej Rysuje