Luźne majtki zamiast in vitro

Przyznaję: tytuł jest nieco demagogiczny. Warto bowiem pochwalić inicjatywę Ministerstwa Zdrowia, które chce promować – i to szczególnie wśród mężczyzn – zachowania prozdrowotne (a noszenie nieobciskającej bielizny jest jednym z nich) oraz stawia, w Narodowym Programie Prokreacji, na edukację i diagnostykę. Czy jednak pary, które zmagają się z problemem niepłodności, mogą traktować te propozycje poważnie?

Wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas, informując o założeniach Narodowego Programu Prokreacji (doskonale rozumiem, że przymiotnik „narodowy” jest obecnie wyjątkowo popularny, czy jednak nawet prokreacja musi być teraz narodowa?), podkreślał, jak ważne są profilaktyka i informowanie młodzieży – a przede wszystkim chłopców – o skutkach „fatalnego stylu życia, ubierania się, choćby w obcisłą bieliznę, nieprzestrzeganie pewnych racjonalnych zasad dbania o siebie”.

To bodajże pierwsza w naszym kraju inicjatywa autorstwa przedstawicieli władzy, w której podkreśla się, że polscy mężczyźni mogą mieć problemy w tak delikatnej kwestii jak spłodzenie potomka. W kulturze, której jednym z kluczowych elementów jest wizerunek silnego faceta, najlepiej bohatera (a jakże – „narodowego”), to dość wstydliwy temat. Tym bardziej warto więc pochwalić pomysł ministerstwa.

W założeniach Narodowego Programu Prokreacji obok szerzenia wiedzy na temat odżywiania i ubierania się wpisano także powstanie klinik, które – jak zapewniał wiceminister Jarosław Pinkas – „będą stosowały uznane na świecie metody diagnostyczne i terapeutyczne. Będziemy wdrażać te technologie, które są uzasadnione klinicznie, stworzymy poradnie andrologiczne, lekarze będą mieli odpowiednie narzędzia, dostęp do odpowiednich leków, ale także do dobrej, mądrej porady, jeżeli będzie potrzeba, to pacjenci będą hospitalizowani w ośrodkach referencyjnych, gdzie zastosowana zostanie pełna diagnostyka i oczywiście odpowiednia terapia”. Tylko wyjątkowi malkontenci mogą protestować przeciwko postulatowi łatwiejszego dostępu do pełnej diagnostyki i odpowiednich leków, tylko szczególne marudy będą narzekać na stwarzanie szansy na otrzymanie „mądrej porady”.

Wiceminister nie wyjaśnił niestety, jakie „uzasadnione klinicznie technologie” przede wszystkim będą promowane. Rąbka tajemnicy uchylił minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, który jeszcze w grudniu ubiegłego roku zapowiedział promowanie „podejścia naprotechnologicznego”, czyli uznawanej przez Kościół katolicki metody obserwacji temperatury i śluzu podczas cyklu miesięcznego kobiety, tak aby możliwie najprecyzyjniej określić dni płodne. I znów można tylko przyklasnąć tej inicjatywie, bo przecież im wyższy poziom wiedzy, tym lepiej.

Wszystko świetnie, tylko minister, postulując upowszechnianie tej wyrafinowanej metody, chyba zapomniał, że zabiegowi in vitro poddają się kobiety, które nie mogą zajść w ciążę nie dlatego, że brak im wiedzy na temat własnego cyklu miesięcznego lub są mało systematyczne w dokonywaniu codziennych pomiarów temperatury, ale np. z powodu trwałego uszkodzenia jajowodów, niewydolności jajników czy endometriozy. A w takich przypadkach termometr i obserwacja śluzu nie pomogą. Wskazaniem do skorzystania z in vitro w przypadku mężczyzn jest słaba jakość nasienia. Niewątpliwie dbanie o siebie może być tu istotne. Jednak założenie, że nie są tego świadomi mężczyźni mający problem z płodnością i decydujący się wraz z partnerkami na zastosowanie procedury in vitro, jest co najmniej niedorzeczne.

Z tego względu zamykanie programu „Leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego” jest ewidentnym lekceważeniem, jeśli nie drwiną z par, które zmagają się z chorobą niepłodności i często latami starają się o dziecko. A zalecenie noszenia luźnych majtek brzmi tu jak ponury żart.

Minister i wiceminister zgodnie podkreślają, że nie zamierzają in vitro zakazać. Marna to jednak pociecha, bo stosowanie tej metody prywatnie kosztuje (uwzględniając badania, leki, wizyty lekarskie i procedury medyczne) od 8 do ponad 20 tysięcy złotych.