„Dobre prawo”

W porównaniu z ostatnimi działaniami ekipy rządzącej i wypowiedziami jej przedstawicieli to jest oczywiście drobiazg, błahostka. Jednak z drugiej strony apel wicepremiera Piotra Glińskiego do „najbogatszych” rodziców, żeby nie korzystali ze świadczenia „500 złotych na dziecko”, można uznać za dobrą ilustrację dla tego, jak tworzone jest obecnie prawo i jak rządzący traktują „suwerena” – kategorię, na którą często się powołują.

Niedawno wicepremier Gliński, odnosząc się do realizacji sztandarowego projektu PiS z kampanii wyborczej, w którym zakłada się, że rodzice dwójki i większej liczby dzieci otrzymają świadczenie w wysokości 500 złotych na dziecko, zaapelował do „najbogatszych” Polaków: „Proszę państwa, nie bierzcie tych pieniędzy, skoro nie musicie”. Wcześniej marszałek Senatu Stanisław Karczewski wypowiedział się w ostrzejszym tonie – stwierdził, że bogaci rodzice, którzy skorzystają ze świadczenia, „skompromitują się”.

Co komunikują tego typu wypowiedzi?

Można je odczytywać w następujący sposób: przygotowujemy „dobre prawo”, ale jednocześnie apelujemy lub grozimy kompromitacją tej części obywateli, którzy wprawdzie zgodnie z prawem mogą skorzystać z wprowadzanych zmian, to jednak dobrowolnie z tego uprawnienia powinni zrezygnować. Innymi słowy, choć ustawodawstwo, które wprowadzamy, jest przemyślane, rzetelnie przygotowane i z pewnością przyniesie „dobrą zmianę”, to zmiana będzie jeszcze lepsza, jeśli część suwerena sama się z działania tego prawa wyłączy. Co więcej, jeśli się nie wyłączy, to się skompromituje. To stawianie obywatelom nie lada wyzwania – mają we własnych sumieniach rozważyć, czy mimo że są uprawnieni, to aby na pewno powinni 500 złotych pobrać. A jeśli źle zdecydują, to będzie wstyd.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że coś tu jest nie tak i z „dobrym prawem”, i z podejściem rządzących do rządzonych. Z jakiego bowiem powodu ustawodawcy wprowadzają legislacje, które – co wicepremier i marszałek Senatu z góry zakładają – nie powinny dotyczyć wszystkich uprawnionych do korzystania z aplikowanych zmian? W imię czego rządzący wymagają od obywateli, żeby decydowali, czy są dość biedni/bogaci i czy w związku z tym powinni z przysługującego im prawa korzystać? Dlaczego część uprawnionych do pobierania świadczeń ma zostać skompromitowanych, gdy otrzymają tylko tyle i nic ponad to, co im ustawodawca gwarantuje?

Wicepremier Gliński nie ma wątpliwości: wszystko dla dobra obywateli! Minister tłumaczy, że wprawdzie w pierwszej wersji „Programu Rodzina 500 plus” był zapis, iż świadczenie nie powinno być dostępne dla najbogatszych, ale ustawodawcy wycofali się z tego pomysłu, aby nie utrudniać suwerenowi życia – aby nie musiał biedny biegać do urzędu i „udowadniać, ile zarabia”.

Nie wiem, jak bardzo pierwszą wersję programu miał na myśli wiceminister, jednak w oficjalnym projekcie ustawy (a przynajmniej tym, który został opublikowany na stronie www.wybierzpis.org.pl 25 września 2015 roku) zakłada się, że wszyscy rodzice, starając się o pieniądze, muszą dostarczyć pokaźny plik zaświadczeń i oświadczeń dotyczących ich sytuacji materialnej – pisałam o tym szczegółowo we wpisie: 500 zł na dziecko – kto da więcej?

Oczywiście zdarzało się już wiele razy, że tworzone prawo nie było przygotowywane rzetelnie i z właściwym namysłem. Być może zdarzało się i tak, że już podczas prac nad nowymi legislacjami ustawodawcy mieli wątpliwości, czy aby na pewno aplikowane zmiany będą społecznie korzystne i sprawiedliwe.

Tu jednak sytuacja jest inna – rządzący proponują zmiany w prawie i jednocześnie apelują do części obywateli, żeby z tych zmian nie korzystali. Trudno uznać to zarówno za przykład „dobrego prawa”, jak i za wyraz poważnego traktowania suwerena.