Zdziwienie, złość, bezsilność, rozbawienie, zażenowanie. Byle nie obojętność

Jedno jest pewne – nowa władza nie jest nudna, dostarcza potężnej dawki emocji, i to różnorodnych. Obserwując życie polityczne, można się poczuć jak na emocjonalnym rollercoasterze. To nie jest przyjemne i aż kusi, żeby się z tego zamieszania wypisać, ignorować je, nie słuchać, nie interesować się. Ale to nie jest rozwiązanie.

Zdziwienie. Po raz pierwszy pomyślałam „to nie dzieje się naprawdę” przy okazji uniewinnienia niewinnego. Naiwność i zaskoczenie: jak to w ogóle możliwe? Ani to logiczne, ani – wydawałoby się – zgodne z prawem. A tłumaczenie przedstawiciela władzy wykonawczej, że w ten sposób chciał „uwolnić wymiar sprawiedliwości od polityczności sprawy” brzmi kuriozalnie. Potem bieg wydarzeń już tylko przyspieszał. Niby wszyscy spodziewali się zmian (niektórzy nawet „dobrych”), ale żeby aż tak szybko, tak gwałtownie i tak po nocach?

Złość i bezsilność. Zaczęło się wtedy, gdy stało się jasne, że spór o Trybunał Konstytucyjny nie jest żadnym sporem, ale wojną, batalią, w której nie ma miejsca na kompromisy*. W dodatku, nowym szefem sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka oraz posłem sprawozdawcą referującym założenia nowelizacji ustawy miażdżącej trójpodział władzy i autonomię Trybunału został prokurator z czasów stanu wojennego, odznaczony w 1983 r. Brązowym Krzyżem Zasługi. Złość i bezsilność, gdy Prezes PiS kreował kolejny podział Polaków, opisując swoich przeciwników jako „komunistów i złodziei”, „gorszy sort” oraz „współpracowników gestapo”. Prezesowi wyjątkowo łatwo przychodzą takie słowa. Złość i bezsilność, gdy przewodniczący sejmowej komisji ustawodawczej zarządzał powtórne głosowanie, bo uzyskany wynik nie pasował ekipie rządzącej. Złość i bezsilność, gdy marszałek Sejmu ograniczał możliwość zadawania pytań na temat nowelizacji ustawy o Trybunale, prowadząc „debatę”, jakby demokracja parlamentarna od dawna już była fikcją.

Rozbawienie i zażenowanie – gdy minister specjalista od teorii spiskowych z dorobionym kluczem zdobywa w nocy Centrum Kontrwywiadu NATO; gdy minister specjalista od spraw zagranicznych wysyła do zaopiniowania Komisji Weneckiej nieaktualne dokumenty, być może wychodząc z założenia, że nikt się nie dowie; gdy szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wstrzymuje publikację wyroku Trybunału Konstytucyjnego, bo ma „poważne wątpliwości”; gdy minister – ekspert od sprawiedliwości, ale najwyraźniej nie od matematyki – uświadamia opinię publiczną, że niemiecki Trybunał wydaje rocznie 6811, co – jak opisuje Wojciech Szacki – oznacza prawie 19 wyroków dziennie, wliczając w to soboty, niedziele i święta; gdy barwna postać z PiS – żartując przecież – oznajmia na swoim facebookowym profilu, że „Ani J. Dobrosz-Oracz, p. Kraśko, p. Lewicka, p. Tadla, oboje Lisowie i reszta kłamczuchów dostaną skierowanie na kursy medialne resocjalizacyjne do Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej do Torunia. Wykłady poprowadzi Ojciec Dyrektor. Taryfy ulgowej nie będzie. Pompki i przebieżki medialne z plecakami. Pod górkę. Osobne cele rozmyślań. Szkolenie do skutku”. Itd. itp.

Trochę śmieszno, trochę straszno, a z pewnością intensywnie. Nie dziwi więc, że wiele osób deklaruje, że nie ma ani siły, ani ochoty, żeby śledzić życie polityczne, że już nie oglądają i nie czytają, że udają się na „wewnętrzną emigrację”. Obawiam się, że to jednak nie jest rozwiązanie. Od zamykania oczu problem nie zniknie. Na nowy rok życzę więc Państwu i sobie, żebyśmy jednak nie zobojętnieli!

* O społecznych i politycznych konsekwencjach postrzegania polityki jak wojny pisałam tutaj.