Dlaczego nie wezmę udziału w referendum

Od uzyskania czynnego prawa wyborczego – a było to dobre kilkanaście lat temu – do głowy mi nie przyszło, że mogę nie iść na wybory lub nie wziąć udziału w referendum. Brałam udział w wyborach także wtedy, gdy miałam wrażenie, że wskazując przedstawicieli władz, głosuję raczej „przeciw” niż „za”. Żałowałam i żałuję, że tak liczna grupa Polaków dobrowolnie rezygnuje z przysługującego im prawa. Tym razem jest inaczej – nie wezmę udziału ani w referendum, które odbędzie się w najbliższą niedzielę, ani w tym, które być może odbędzie się przy okazji wyborów parlamentarnych. A ten brak aktywności obywatelskiej uważam za najlepsze, co jako obywatelka mogę zrobić.

Uważam, że oba referenda nie są tym, czym teoretycznie powinny być. Nie są sposobem na konsultacje społeczne, nie są formą dialogu między władzą a społeczeństwem.

Trudno bowiem uznać za sensowne poddawanie pod dyskusję spraw, w stosunku do których większość Polaków nie ma wyrobionej opinii i to nie dlatego, że są niemądrzy lub leniwi intelektualnie, ale dlatego, że albo ich te kwestie mało dotyczą (problem „utrzymania dotychczasowego systemu funkcjonowania Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe”), albo ich rozstrzygnięcie wymaga specjalistycznej wiedzy i nawet eksperci mają wątpliwości w stosunku do następstw proponowanych zmian (sprawa JOW-ów).

Trudno oczekiwać, że sensowne będą konsultacje społeczne, gdy pytania referendalne „są tendencyjne” (kto z podatników nie chciałby, aby w przypadku „wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego” spory rozstrzygać na korzyść podatnika?) oraz niejasno sformułowane (do jakiego wieku miałby być obniżony wiek emerytalny i jak długi staż pracy uprawniałby do uzyskania świadczenia?).

Wcale mnie nie dziwi, że zgodnie z wynikami sondażu CBOS niemal 60 proc. respondentów nie wie, czego konkretnie dotyczy referendum zaplanowane na najbliższą niedzielę.

Oba referenda z pewnością nie są przykładami działań politycznych, w których chodziłoby o konfrontację odmiennych wizji dotyczących ważnych dla społeczeństwa spraw, o realny spór oraz o podjęcie sensownego wyboru. W obu przypadkach ani spór nie jest realny (jak rozsądnie spierać się na temat, o którym niewiele wiadomo, a i sama istota tego sporu nie jest jasno opisana?), ani wybór nie jest sensowny (miło byłoby przecież pracować krócej, jednak nie można zapominać, że konsekwencją tego będzie niższa emerytura).

Prezydent Bronisław Komorowski, podejmując decyzję o rozpisaniu referendum po niespodziewanej przegranej w I turze wyborów, postąpił – delikatnie mówiąc – nieroztropnie. Prezydent Andrzej Duda, proponując referendum bis, działał populistycznie. Wybrał dwie kwestie (posłanie sześciolatków do szkół oraz podwyższenie wieku emerytalnego), które budzą gorące emocje, a przede wszystkim podkreślają podział między PO oraz PiS, i postanowił poddać je pod głosowanie, zawieszając problem konsekwencji „odkręcania” reformy edukacji oraz reformy emerytur.

Przypuszczam zresztą, że obaj postulujący referenda prezydenci dobrze zdawali sobie sprawę z tego, że szanse, iż uzyskane wyniki będą wiążące – frekwencja przekroczy 50 proc. – są minimalne. (Pomijam już wątpliwości zgłaszane przez konstytucjonalistów dotyczące tego, czy tak sformułowane pytania w ogóle są „materią referendalną”). Chodziło raczej o zamanifestowanie „przejęcia inicjatywy” po porażce w I turze wyborów oraz o zdobycie „dowodu” na to, że reformy wprowadzone przez obecny rząd nie są społecznie akceptowane.

W obu przypadkach pomysł rozpisania referendum trudno uznać za przykład działań, które miałyby inny niż populistyczny sens. Dlatego tym razem z czystym sumieniem nie skorzystam z przysługującego mi prawa obywatelskiego. Zamiast iść do lokalu wyborczego, zajmę się rozstrzyganiem kwestii: „Czy jesteś za posyłaniem sześciolatków do Lasów Państwowych i pozostawieniem ich tam aż do osiągnięcia wcześniejszego wieku emerytalnego”?