Polityka to wojna

Sobotni zjazd ruchu Pawła Kukiza w Lubinie, a na nim „woJOWownicy” i „armia”. Komentarz Kukiza po pierwszej turze wyborów: „Idziemy całą armią na Polskę” i refleksja na temat „zmasowanego ataku mediów”: „czasami czuję się tak, jakby to były karabiny wycelowane w duszę. Ale kula duszy nie przebije”.

Militarne skojarzenia nie są obce temu kandydatowi na prezydenta. A ponieważ jest on pod różnymi względami dość wyjątkowym (żeby nie powiedzieć: kuriozalnym) aktorem na scenie politycznej, można by założyć, że i takie podejście jest czymś rzadkim. To jednak nieprawda. Nie tylko Paweł Kukiz utożsamia uprawianie polityki z działaniami wojennymi.

Bronisław Komorowski po przegranych wyborach prezydenckich apelował do PO: „Mamy obowiązek przygotować się do wielkiej, demokratycznej bitwy, jaką będą jesienne wybory parlamentarne”. W prasie sympatyzującej z PiS wynik wyborów komentowano: „Tak, to jest Powstanie. Powstanie Polaków, którzy nie mogli już znieść beznadziei, upodlenia i rządów służących – jawnie lub nieco się maskując – obcym interesom”. Rafał Ziemkiewicz w „Do Rzeczy” konstatował: „Kampania wyborcza to wojna, a gdzie wojna, tam muszą być ofiary”. Przykładów na postrzeganie i opisywanie polityki jako konfrontacji zbrojnej jest znacznie więcej.

Jeśli przyjmiemy, że rządzący są skłonni czerpać inspiracje z prac naukowych, możemy uznać, że polska klasa polityczna zaczytuje się w pismach Carla Schmitta, niemieckiego filozofa, politologa i prawnika o kontrowersyjnych upodobaniach (członka NSDAP, który mordy dokonane podczas Nocy Długich Noży uznawał za „najwyższą formę prawa administracyjnego”). Zdaniem Schmitta polityczność opiera się na rozróżnianiu między przyjaciółmi i wrogami, a jej żywiołem jest konflikt, spór oraz walka, w której ofiary są nieuniknione. Podstawą skutecznego uprawiania polityki jest umiejętność odróżnienia sojuszników od nieprzyjaciół. Sprawowanie władzy nie polega na szukaniu kompromisów i debatowaniu, lecz na podejmowaniu przez rządzących arbitralnych decyzji i wygrywaniu bitew.

Jeśli uznamy założenie, że politycy śledzą i inspirują się pracami naukowymi za przejaw zbytniej naiwności, to i tak pożywki dla wojennego podejścia nie brakuje. Wystarczy wymienić niezwykle popularne seriale: „House of Cards”, a przede wszystkim „Grę o tron” – historię, w której polityka, konflikt i walka są nierozłącznie splecione.

Niezależnie od tego, jakie są źródła zamiłowania do „zwierania szeregów” i „maszerowania całą armią” – warto zastanowić się nad konsekwencjami występowania wojennych opowieści w dyskursie publicznym. Naiwne byłoby bowiem założenie, że to tylko hermetyczny język używany przez polityków, których i tak mało kto słucha.

Po pierwsze – to, jak opisuje się innych aktorów sceny politycznej, nie jest obojętne dla sposobu postrzegania przyszłych relacji z nimi. Opozycji nie trzeba kochać, ale można (a nawet trzeba) się z nią dogadywać. Opozycja jest „partnerem”, z którego opinią warto się liczyć, trzeba ją poznać, a następnie dyskutować. W podział na opozycję i koalicję wpisana jest gotowość do rozmowy, a nawet do współpracy.

A czy można się dogadać z wrogiem? Niekoniecznie. Z wrogiem się walczy, można go pokonać lub przegrać z nim, można go zniszczyć lub samemu ulec. W relacji z wrogiem nie ma miejsca na dyskusję. Tu co najwyżej można wzajemnie się zwymyślać i obrzucić błotem. Jak wojna to wojna. Zarówno analizy badaczy dyskursu publicznego (między innymi raporty Obserwatorium Debaty Publicznej), jak i nawet niezbyt uważna obserwacja dyskursu politycznego przez laików pokazują, że radykalizacji w debacie prowadzonej przez polskich polityków nie brakuje*.

Po drugie – język używany przez aktorów sceny politycznej nie pozostaje bez wpływu na to, jak politykę postrzega „publiczność”, czyli osoby choćby w niewielkim stopniu zainteresowane sprawami związanymi z rządzeniem. Brak zaufania do polityków i instytucji politycznych nie jest czymś szczególnym tylko dla naszego kraju, jednak trudno nie zauważyć, że w przypadku Polski jest to wyjątkowo powszechne odczucie.

A kolejne wersje „wojny na górze” z pewnością w budowaniu zaufania nie pomogą. Poza tym obserwowanie „wojujących” polityków daje przyzwolenie do radykalizowania własnych ocen, odczuć i zachowań. W końcu skoro oni mogą „przygotowywać się do wielkiej bitwy” i „maszerować”, dlaczego ja mam nie pójść na wojenkę z sąsiadem zbyt głośno puszczającym muzykę lub z panią kasjerką, która nie dość szybko skanuje ceny produktów? Mówiąc inaczej, skoro politycy są – łagodnie mówiąc – niemili, dlaczego społeczeństwo miałoby być?

 

* O polaryzujących podziałach na „my” i „oni”, coraz częściej opartych na kategoriach symbolicznych oraz emocjonalnych, pisałam we wpisie, który powstał z okazji finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.