Weź pigułkę

Polacy lubią brać leki. Także te dostępne bez recepty (tzw. OTC – over the counter) oraz suplementy diety, witaminy i produkty homeopatyczne. Konsumujemy ich dużo i często bez wyraźnej przyczyny, a wszechobecne w mediach reklamy utwierdzają nas w tym, że powinniśmy. Cóż, jeśli ktoś lubi… Jednak dwa przykłady produktów dla dzieci intensywnie reklamowanych w ostatnim czasie to już – moim zdaniem – zdecydowana przesada.

Przyzwyczaiłam się już, że w okresie wczesnowiosennym, późnojesiennym i zimowym (czyli przez większą część roku) w mediach dominują reklamy leków, witamin, suplementów diet. Jak pokazują badania Instytutu Monitorowania Mediów, w tzw. mediach tradycyjnych (telewizji, radiu i prasie) najwięcej na reklamy wydaje właśnie branża farmaceutyczna. To, że atakują nas komunikaty, w których zachwala się cudowne działanie produktów leczniczych, nie jest więc tylko subiektywnym wrażeniem. Tych reklam jest naprawdę dużo.

Przyzwyczaiłam się (co nie znaczy, że mnie to nie irytuje) do reklam produktów na zwiększenie odporności, zmęczone oczy, nietrzymanie moczu, zimne dłonie i stopy, brak snu i stresy, problemy z potencją, problemy z trawieniem: wzdęcia, zgagę, biegunkę czy zaparcia. Chyba nie ma problemu zdrowotnego (rzeczywistego lub wykreowanego), któremu nie mogłyby zaradzić tego typu substancje. Przynajmniej tak obiecują ich producenci, a wielu Polaków chętnie im wierzy. Zgodnie z informacjami podawanymi przez IMS Health Poland co trzecia Polka i co czwarty Polak sięgają po suplementy diety. Według danych Instytutu Żywności i Żywienia wartość sprzedaży tego typu produktów wzrasta i w 2014 roku wynosiła już 3,5 mld zł. Zarówno suplementy diety, jak i leki OTC są łatwo dostępne. Nie trzeba iść do apteki, wystarczy zgarnąć parę opakowań podczas wizyty w supermarkecie, w kiosku czy na stacji benzynowej. Zresztą po co wychodzić z domu? Można kupować przez internet. Ten kanał sprzedaży dynamicznie rośnie.

Tymczasem, jak przestrzega wielu lekarzy, nadużywanie leków OTC może być szkodliwe, a stosowanie suplementów diety zazwyczaj jest niepotrzebne. Aby sensownie i odpowiedzialnie wybrać odpowiedni suplement, potrzebne są badania laboratoryjne, które pokażą, jakich składników rzeczywiście brakuje. Osoby sięgające po te produkty zazwyczaj takich testów nie robią. Lekarze podkreślają, że suplementy są „środkami spożywczymi”, a nie lekami. Prawo nie wymaga ich rejestracji. Nie wymaga także szczegółowych badań i przygotowania dokumentacji, która potwierdziłaby skuteczność i bezpieczeństwo ich stosowania. Nikt nie kontroluje, czy w suplementach są te składniki, które podaje producent, a żeby wprowadzić na rynek nowy produkt, wystarczy jedynie powiadomić Główny Inspektorat Sanitarny i dostarczyć wzór opakowania.

Jednak te argumenty nie trafiają do wielu Polaków, którzy najwyraźniej wychodzą z założenia, że nawet jeśli taka „cudsubstancja” nie pomoże, to przecież i nie zaszkodzi. I choć rzeczywiście w większości przypadków stan zdrowia konsumenta suplementów się nie pogorszy, to jednak trzeba pamiętać, że te środki wpływają nie tylko na kondycję fizyczną. Jest w nie wpisany prosty komunikat: weź pigułkę, poczujesz się lepiej. A ta obietnica może szkodzić. Zwłaszcza gdy uwierzą w nią rodzice, którzy mają bardziej lub mniej poważne problemy z dziećmi.

I tu dochodzimy do sedna. Inspiracją do powstania tego wpisu są dwie reklamy, do których – w przeciwieństwie do suplementów, które mamią dorosłych odbiorców wzrostem odporności, pięknymi włosami i paznokciami oraz temu podobnymi benefitami – jakoś nie mogę się przyzwyczaić. Te dwa przekazy reklamowe mocno mnie irytują. Pierwszy z produktów ma pomóc w odzwyczajeniu dzieci od jedzenia słodyczy, drugi ma rozwiązać problem z zasypianiem.

W przypadku pierwszego suplementu producent (na stronie internetowej) najpierw trochę straszy: „Nadmierny apetyt na słodycze u dzieci może nieść za sobą negatywne konsekwencje dla ich zdrowia. Dlatego tak ważne jest ograniczenie liczby przyjmowanych łakoci. Często jest to jednak niemożliwe, gdyż dziecko domaga się słodkości lub ukradkiem je podjada”, a potem natychmiast obiecuje: „koniec słodkiego podjadania”. Łatwe i proste! W przypadku drugiego produktu zastosowano ten sam mechanizm – najpierw „diagnoza” sytuacji: „Trudności z zasypianiem u dzieci są dużym zmartwieniem dla rodziców”, a następnie niczym królik z kapelusza pojawia się rozwiązanie: „Nieśpiącym maluchom i ich rodzicom pomoże (…) [tu nazwa produktu]. Składniki (…) pomagają zasnąć i utrzymać zdrowy sen, a do tego wspomagają wyciszenie. 2 łyżki przed snem wystarczą, aby maluch spokojnie przespał noc”.

W obu przypadkach rodzice traktowani są jako niekompetentni idioci, którzy nie są w stanie ani limitować słodyczy zjadanych przez dziecko, ani utulić malucha do snu. Zresztą po co mieliby próbować, skoro wystarczy zaaplikować pastylkę do ssania lub syrop. W dodatku obie te sytuacje (dziecko zjadające się słodyczami i maluch, które nie może zasnąć) przedstawione są niemalże jak patologie, coś wyjątkowego i groźnego zarówno dla rodziców, jak i dzieci. Tymczasem chyba każdy rodzic zmagał się z podobnymi problemami i jakoś – lepiej lub gorzej – sobie z nimi poradził. Reklamy oby produktów komunikują, że rodzicielski wysiłek i starania są zbędne. Wystarczy przecież użyć paraleku.

A co mogą pomyśleć dzieci przećwiczone „we wczesnej młodości” w sięganiu po pigułki? Cóż, będą wiedziały, jak sobie (nie) radzić z problemami.