WOŚP i Caritas; katolicy i lewacy; „wygrani” i „przegrani”; „Polska solidarna” i „Polska liberalna” itd. itp.

Posługiwanie się podziałem „my” i „oni” jest dla ludzi czymś naturalnym. Dowiodły tego znane eksperymenty nad tzw. „grupą minimalną”. Dowodzi tego obserwacja życia społecznego. Czy jednak ten naturalny mechanizm nie jest nadużywany w polskim dyskursie publicznym? Mam wrażenie, że tak, a tworzenie opozycji WOŚP versus Caritas jest tego kolejnym przykładem.

Na początku lat 70. zespół psychologów pod kierownictwem Henriego Tajfela przeprowadził eksperyment w tzw. paradygmacie „grupy minimalnej”. W oryginalnej wersji eksperymentu (który następnie był wielokrotnie modyfikowany) badani na podstawie wyniku rzutu monetą – a więc zupełnie przypadkowo – zostali podzieleni na dwie grupy: wielbicieli malarstwa Kandynsky’ego lub Klee. Uczestnicy eksperymentu doskonale wiedzieli, że podział był całkowicie losowy, a twórczość obu malarzy była im mocno obojętna.

Mimo tego sam fakt zostania przydzielonym do jednej z grup powodował, że badani – przyznając fikcyjne wypłaty – preferowali członków własnej grupy i deprecjonowali członków grupy „obcej”, a jednocześnie starali się uwypuklić różnice między dwiema grupami. Dlaczego tak robili? Na to pytanie dostarcza odpowiedzi teoria tożsamości społecznej sformułowana przez Tajfela i John Turnera. Zgodnie z nią celem deprecjonowania grupy, do której się nie należy, jest potrzeba budowania własnej pozytywnej samooceny.

Lubimy o sobie dobrze myśleć, a dobrego samopoczucia (tego „myślenia o sobie dobrze”) dostarcza nam właśnie przynależność do grupy, którą oceniamy pozytywnie na skutek porównywania się z grupą „obcą”, którą deprecjonujemy. Inni psychologowie Michael Hogg i Barbara-Ann Mullin* zwrócili uwagę na to, że pozytywna tożsamość społeczna jest sposobem na radzenie sobie z niepewnością. Im mniej pewnie, mniej bezpiecznie się czujemy, tym bardziej jest nam potrzebna przynależność do pozytywnie ocenianej grupy własnej.

Co to ma wspólnego z opozycjami umieszczonymi w tytule tego postu? Co ma to wspólnego z narastającym hejtem dotyczącym WOŚP-u?

Zacznijmy od tego, że choć wymienione wyżej przeciwieństwa są całkiem współczesne, to skłonność Polaków (a może i nie tylko Polaków, ale akurat o nas chcę tu pisać) do dzielenia świata na dwie mocno skontrastowane, a nawet więcej – wrogie wobec siebie grupy – wcale nie jest nowym zjawiskiem. Jak pokazywał Andrzej Leder w szeroko komentowanej książce „Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej”, podział na chłopów i panów (przy wyjątkowo słabej trzeciej grupie – mieszczaństwie, w dodatku w dużej części tworzonej przez Żydów, czyli kolejną grupę postrzeganą jako „obcą”) utrwalał u tych pierwszych poczucie krzywdy i brak zaufania do osób spoza własnej grupy, mściwość zmieszaną z fascynacją, radość z cudzego nieszczęścia, a u tych drugich wzmagał poczucie wyobcowania i wyjątkowości (mit odrębnego „narodu szlacheckiego”, „narodu sarmatów”) oraz pogardę dla wszystkich spoza własnej klasy.

Szczególna skłonność Polaków do patrzenia na świat społeczny jako spolaryzowany obszar zmagań „dobra” (reprezentowanego przez grupę własną) i „zła” (utożsamianego z „obcymi”) ma – zdaniem Ledera – korzenienie w tej opozycji. Jej rezultatem są także: „miłość do skrzywdzonych razem ze mną” oraz „nienawiść, pogarda dla krzywdzicieli”. Dokładnie to, o czym pisali wymienieni wyżej psychologowie, choć ich obserwacje dotyczyły znacznie bardziej „trywialnych” linii podziału.

II wojna światowa i okres PRL przeorały porządek społeczny. Jednak to, co powstało, ponownie opierało się na spolaryzowanych podziałach. Jak pisze Anna Giza w książce „Gabinet luster. O kształtowaniu samowiedzy Polaków w dyskursie publicznym”: „Nowe społeczeństwo [na początku PRL – M.S.] budowane było na na jawnie podsycanych konfliktach i celowym antagonizowaniu <<klas społecznych>> (burżuazja i obszarnicy versus robotnicy i chłopi) oraz grup etnicznych, przede wszystkim Polaków i Żydów”. Jak zauważa Leder, miejsce po szlachcie i ziemiaństwie zajęli tradycyjnie uznawani: ksiądz, policjant oraz wójt, a także nowi „panowie”: dyrektor PRG, sekretarz partii, przewodniczący rady narodowej. Wraz z krystalizowaniem się opozycji dołączył kolejny podział – na władzę, czyli „onych”, oraz resztę społeczeństwa.

Czas po 1989 roku to festiwal podziałów, i to w dodatku coraz częściej podziałów symbolicznych, nieopartych na realnych kategoriach, takich jak np. pochodzenie społeczne (chłopi versus panowie) czy narodowość. O ile podziały na „Polskę solidarnościową” i „postkomunistyczną” czy na „wygranych” i „przegranych” („wykluczonych”) osadzone są jeszcze w konkretnych działaniach podejmowanych przez ludzi (byli w opozycji, podzielali jej poglądy lub nie) czy w sytuacji ekonomicznej, o tyle podziały na „Polskę solidarną” i „liberalną”, „Polskę narodowo-katolicką” i „liberalno-europejską” (według kategorii proponowanych przez Ireneusza Krzemińskiego) czy podział na tych, którzy wierzą, i tych, którzy nie wierzą w zamach – odwołują się już jedynie do symbolicznych kategorii spopularyzowanych w dyskursie publicznym.

W ostatnich latach w tak spolaryzowany obraz rzeczywistości wpisany został kolejny czysto symboliczny podział na zwolenników i przeciwników WOŚP, wyostrzony w opozycji między tymi, którzy wspierają Orkiestrę, i tymi, którzy wspierają Caritas.

Akcja charytatywna, która wydawała się neutralna światopoglądowo – chodzi przecież o zbiórkę pieniędzy na sprzęt medyczny, który będzie służył wszystkim potrzebującym – jest coraz częściej przedstawiona jako przedsięwzięcie, wobec którego trzeba zająć zdecydowane i jednoznaczne stanowisko: albo je popierać, albo opluwać.

A najsmutniejsze jest to, że – jak podkreśla Anna Giza: „Jeśli istnienie podziałów społecznych należy do wiedzy wspólnej, to może stać się ono realną siłą dzielącą społeczeństwo, petryfikującą pęknięcia i różnice, wyolbrzymiającą je czy wręcz tworzącą”. I rzeczywiście, zaprzyjaźnieni wolontariusze, którzy uczestniczą w WOŚP-ie od kilku lat, w tym roku spotykali się z wyjątkowo dużą niechęcią, a czasami i wrogością. Widać, że czysto symboliczny podział, nieodwołujący się do rzeczywistych kategorii, zaczyna funkcjonować na realnym poziomie działań podejmowanych przez ludzi, którzy czują się w obowiązku, aby być ALBO za Orkiestrą, ALBO za Caritasem.

Więcej na ten temat można znaleźć np. w książce Michała Bilewicza pt. „Być gorszymi. O reakcjach na znaczenie statusu grupy własnej”.