Święty Mikołaj nie istnieje

Czy wiara w brzuchatego faceta z brodą jest niezbędna, żeby mieć dobre wspomnienia z dzieciństwa?
Czy Mikołaj do spółki z reniferami rzeczywiście tworzą „magię świąt”?

Wiem, trudno się nie rozczulać na widok słodkich dzieciaczków wypatrujących z niecierpliwością odwiedzin Świętego Mikołaja. Trudno nie ulec i nie zasponsorować słitfoci, portretu malucha siedzącego na kolanach miło uśmiechniętego faceta ubranego na czerwono. (Zwłaszcza że prawie każde przedszkole i centrum handlowe ma to w ofercie). Trudno nie wzruszyć się na widok dziecka ledwo co składającego literki, a już piszącego list do Świętego. (Wzruszają i wysiłki dziecka, i kwota, którą trzeba przeznaczyć na prezenty). Wreszcie trudno nie doceniać wychowawczej roli rózgi. (Choć z drugiej strony – które dziecko dzisiaj wie, co to w ogóle takiego ta rózga, i które będzie tak naiwne, żeby uwierzyć, że prezenty, które były „zawsze”, akurat tym razem zostaną zastąpione przez drewniany kijek).

Mikołaj, co tam jeden Mikołaj, cała drużyna Mikołajów, do tego stado reniferów, sanie i koniecznie śnieg – to wszystko jest urokliwe i tworzy „magię świąt”, a w dodatku wpisuje się w Tradycję przez duże T. Co z tego, że Mikołaj w drodze do sławy bezkompromisowo wyeliminowuje konkurentów: Gwiazdora, Aniołka oraz samo Dzieciątko Jezus. Nawet Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak z okazji 6 grudnia zaapelował: „Dzieci mają prawo wierzyć w Świętego Mikołaja. Pomóżmy zatrzymać tę wiarę jak najdłużej. Mikołaj potrzebuje naszej pomocy”. Czy jednak rzeczywiście warto oszukiwać dziecko, informując je, że to Święty Mikołaj przynosi prezenty? Czy wiara w brzuchatego faceta z brodą jest konieczna, żeby mieć dobre wspomnienia z  dzieciństwa? Czy na tym polega „magia świąt”?

Współczesny Mikołaj – jak powszechnie wiadomo – jest postacią wykreowaną w latach 30. XX wieku roku przez koncern Coca Cola. Jest to figura doskonale pasująca do czasów, w których masowo produkowane przedmioty (w tym oczywiście także zabawki) trzeba dobrze zareklamować i sprzedać. Chyba nikt (oprócz dzieci, które „wierzą”) nie ma wątpliwości, że Mikołaj to przede wszystkim dobry sprzedawca i zarazem produkt kultury masowej. Trudno w tej postaci odnaleźć Świętego Mikołaja, który żył na przełomie III i IV wieku.

I nie chodzi tylko o to, że w przeciwieństwie do jowialnego, brzuchatego współczesnego Świętego ten „oryginalny” przedstawiany był zazwyczaj jako pełen powagi, szczupły, starszy pan w bogato zdobionym stroju, z pastorałem zamiast worka prezentów. Wiedza o Świętym Mikołaju – biskupie z Miry – nie pozwala jednoznacznie wpisać go w tradycję rozdawania podarków. Owszem, przekazał trzy worki złota biednemu i nawet wrzucił je przez komin (podobno), tylko że pieniądze miały służyć na wykupienie córek z domu publicznego. To dość odległe skojarzenie z dzisiejszym fundowaniem prezentów przez Santa Claus. Poza tym „prawdziwy” Święty Mikołaj oprócz opiekowania się dziećmi (choć różne źródła nie są co do tego zgodne) jest także patronem: marynarzy, rybaków, podróżnych, ale również piwowarów oraz jeńców. Jak powiązać jeńców z „magią świąt”?

Trudno więc łączyć współczesnego Mikołaja z tradycją chrześcijańską. Facetowi w czerwonym stroju i czapce bardzo daleko do tej tradycji. Tym bardziej nie widzę powodów, żeby podtrzymywać – co tam podtrzymywać: budować – w dzieciach wiarę, że prezenty przynosi skomercjalizowana postać i to już nawet nie powożąca saniami ciągniętymi przez renifery, a co najwyżej prowadząca konwój tirów z logi firmy z branży spożywczej.

Dawanie prezentów jest wyrazem uczuć, starań i troski obdarowującego. Myślimy o kimś i chcemy mu to okazać. Zależy nam na tym, żeby podarek się spodobał, szczególnie gdy obdarowywanym jest dziecko. Czy rzeczywiście warto wmawiać maluchom, że to Mikołaj przeszukuje internet, żeby znaleźć najatrakcyjniejsze prezenty, że to on biega po sklepach lub czeka z niecierpliwością na kuriera, obgryzając paznokcie ze strachu, że przesyłka nie dojdzie na czas? I czy warto przekonywać dzieci, że za te wszystkie cudeńka, które leżą pod choinką (a 6 grudnia są poupychane w skarpetach i butach), płaci facet z lekką nadwagą? Czy rzeczywiście odbierzemy dzieciom „magię świąt”, mówiąc im, że to my – rodzice – wybierając i kupując upominki, staramy się sprawić im radość?