Czy exit polle psują demokrację?

Wyobraźmy sobie, że niedziela wyborcza nie kończy się podaniem „wyników” bazujących na badaniach exit poll. Co się dzieje? Dziennikarze i publicyści w mediach, a politycy w kuluarach nie mają o czym dyskutować. Brakuje materiału do sporów wypełniających czas w telewizjach informacyjnych i miejsce na portalach oraz w gazetach. Brakuje informacji, na podstawie których politycy mogą zacząć działać.

Czy to jednak rzeczywiście jest aż tak zła sytuacja? Czy naprawdę musimy znać „wyniki” w dniu wyborów? A może to przede wszystkim stacjom telewizyjnym na tym zależy, bo dzięki temu mogą przygotować wieczory wyborcze, które zazwyczaj mają wysoką oglądalność?* Wybory to przecież oprócz wydarzenia politycznego także wydarzenie medialne. Drugą grupą szczególnie zainteresowaną niezwłocznym poznaniem rezultatów są politycy. Dzięki „szybki wynikom” mogą podejmować szybkie działania, no i oczywiście mają o czym dyskutować i co komentować.

A co z wszystkimi innymi? Ci bardziej zainteresowani życiem politycznym także chcieliby się dowiedzieć, jakie są rezultaty raczej wcześniej niż później. (A w przypadku ostatnich wyborów, z powodu niekompetencji PKW, dowiedzieli się wyjątkowo późno). Czy jednak to naprawdę jest aż takie ważne? Zwłaszcza jeśli się okaże, że szacunki z exit poll różnią się znacząco od oficjalnych wyników. A to dla opinii publicznej, zwłaszcza dla tych, którzy nie interesują się zbytnio metodologią przeprowadzania exit poll (nie oszukujmy się, nie jest to to pasjonujący temat), „nie wygląda dobrze”.

Spada i tak już wyjątkowo niski poziom zaufania do instytucji życia publicznego: do PKW, a także do mediów, które przez dzień lub kilka dni powtarzają szacunki z badania powyborczego. Niektórzy politycy cynicznie to wykorzystują, mniej lub bardziej bezpośrednio, dając do zrozumienia, że z wyborami było coś nie tak. I powstaje przekonanie, że rzeczywiście chyba ta demokracja to jakoś nie najlepiej działa i że są jacyś „oni”, którzy sfałszowali wyniki wyborów. Lubimy teorie spiskowe, a w tej sytuacji teoria spiskowa pisze się sama.

Nie, nie proponuję zrezygnowania z exit poll. Chodzi jednak o namysł nad tym, czy akurat w przypadku wyborów samorządowych rzeczywiście warto je organizować. Andrzej Olszewski, ekspert IPSOS-u, przyznał, że w tych wyborach o pomyłkę wyjątkowo łatwo. Cztery lata temu między szacunkami a wynikami także były rozbieżności: PO uzyskała o 3 proc., a PiS o 4 proc. mniej niż podawano w czasie wieczoru wyborczego**.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię: kierując się zasadą upraszczania i „udramatyzowania” przekazu podczas wieczorów wyborczych, a także potem, w wielu komentarzach, koncentrowano się na jednym pytaniu – kto wygrał: PiS czy PO? (I aby na nie odpowiedzieć, pokazywano „wyniki” wyborów do sejmików wojewódzkich). Nie na tym polegają wybory samorządowe.

Oprócz wyłaniania władz do sejmików wyborcy głosują także na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast (tylko o tych ostatnich mówiono) oraz – i to może jest najważniejsze – na członków rad gmin oraz rad powiatów. A o tym najbardziej lokalnym poziomie raczej nie mówiono. Dla mediów ogólnopolskich to słaby temat: za dużo nazwisk, za dużo komitetów oraz inicjatyw wyborczych i nie można powiedzieć, kto wygrał: PO czy PiS? Mam wrażenie, że taki przekaz w przypadku wyborów samorządowych przyczynia się do psucia demokracji.

* Choć akurat w tym roku pojawił się poważny konkurent – losy bohaterów programu „Rolnik szuka żony” dla wielu widzów okazały się bardziej interesujące niż losy bohaterów ze sceny politycznej.
** Tymczasem za najbardziej spektakularną wpadkę powszechnie uznaje się różnice między wynikami szacowanymi na podstawie badań a wynikami podanymi przez PKW, które ujawniły się podczas pierwszej tury wyborów prezydenckich w 2010 roku. Rozbieżności wynosiły wtedy: 3 i 2 proc. w przypadku danych Homo Homini (dla Polsatu) oraz ponad 4 i mniej niż 2 proc. w przypadku SMG/KRC (dla TVN). Obie firmy zamiast exit poll posłużyły się metodą wywiadów telefonicznych. Realizujący exit poll TNS OBOP (dla TVP) pomylił się minimalnie.

Rysunek: Marek Raczkowski