Żeby nie wyjść na frajera

Będę uogólniać, za co z góry przepraszam. Ale dzięki temu mogę uzyskać bardziej „wyostrzoną” tezę. A dla ciekawej dyskusji czasami warto zaryzykować. Mam wrażenie, że jedna z podstawowych motywacji Polaków wpisuje się w stwierdzenie (to prawie „zaklęcie”): żeby tylko nie wyjść na frajera.

Niedawno minister rolnictwa nazwał „frajerami” producentów jabłek. Dodał, że „frajerów” nie szanuje – w przeciwieństwie do „biznesmenów”. Ci drudzy – w opinii ministra – są przeciwieństwem tych pierwszych. Wypowiedź dla portalu mpolska24, który nie należy do najważniejszych serwisów informacyjnych w naszym kraju, nie przeszła niezauważona.

Oczywiście może to być związane ze szczególnym wyczuleniem na gafy polityków w okresie kampanii wyborczej. Nie zmienia to jednak faktu, że nie tylko producenci jabłek nie chcą być nazywani frajerami. Dla wielu Polaków to bardzo ważne, żeby tylko nie wyjść na frajera.

A jak można się nim stać? To akurat bardzo proste. Wystarczy robić coś dla tzw. dobra wspólnego, podczas gdy powszechnie wiadomo, że wielu innych tego nie robi. Przykładów jest mnóstwo: od sprzątania po swoim psie i nieśmiecenia w lesie (podczas gdy „normą” jest niesprzątanie i śmiecenie), przez uczciwe płacenie podatków, i to w dodatku w Polsce (a przecież powszechnie wiadomo, że niektórzy z najbogatszych biznesmenów nie w kraju rozliczają się z fiskusem), po kasowanie biletów w komunikacji miejskiej (gdy niekasowanie świadczyć ma raczej o sprycie niż o nieuczciwości).

Frajer to społeczna niemota, która prowadząc samochód, nie korzysta z pasa, o którym wie, że wprawdzie zaraz się skończy, ale przecież przez kilka metrów da się nim jechać szybciej, a potem można efektownie wepchnąć się przed auto naiwniaka cierpliwie stojącego w korku. Frajer to nieprzystosowany kosmita, który z pokorą czeka w kolejce do kasy w supermarkecie, zamiast głośno wyrażać swoje niezadowolenie i pomstować na nieporadność kasjerek.

Skąd bierze się lęk przed zostaniem uznanym za frajera? Najprościej będzie wskazać (jak to się zazwyczaj robi przy okazji uzasadniania, skąd się biorą nasze „cechy narodowe”) na PRL, który ćwiczył obywateli w trudnej sztuce załatwiania i kombinowania.

Posiadanie tych umiejętności świadczyło o zaradności. W ten sposób „cwaniakowanie” zostało docenione społecznie. Ten czas już minął, ale kombinowanie (cecha, której frajer zdecydowanie nie ma, bo nie umie kominować) nadal często jest uznawane za godną pochwały i pożądaną umiejętność.

Innej odpowiedzi na postawione wyżej pytanie dostarcza Rafał Woś w świeżo wydanej książce pod nieprzypadkowym tytułem „Dziecięca choroba liberalizmu”. Autor pokazuje, jak wraz z początkiem transformacji (a może i wcześniej) jako społeczeństwo daliśmy się uwieść neoliberalizmowi i tak uwiedzeni uwierzyliśmy między innymi w to, że jeśli ktoś nie najlepiej radzi sobie w życiu, to z pewnością głównie z tego powodu, że za mało się stara i że jest… frajerem. W mit założycielski III RP został wpisany podział na wygranych i przegranych, podział na „biznesmenów” i „frajerów”, by nawiązać do wypowiedzi ministra.

Jest jedno stwierdzenie, pod którym podpisują się niemal wszyscy badacze polskiej rzeczywistości społecznej. To zgodność naprawdę zadziwiająca. Chodzi o tezę, że tym, czego w życiu społecznym najbardziej nam brakuje, jest zaufanie.

Zaufanie do osób spoza kręgu naszej najbliższej rodziny (bo rodzicom, dzieciom, dziadkom, rodzeństwu, a nawet ciotom i wujkom na ogół ufamy), zaufanie do instytucji publicznych, zaufanie do polityków, urzędników, zaufanie do mediów (w końcu hasło „telewizja kłamie” można usłyszeć i teraz, choć kontekst tej wypowiedzi jest inny niż kilka dekad temu).

Skąd się bierze brak zaufania? Odpowiedzi jest oczywiście dużo i wiele z nich jest sensownych. Jedną z przyczyn może być właśnie obawa, żeby nie wyjść na frajera, nie być naiwniakiem, który zaufa ludziom i będzie pierwszym w okolicy, który posprząta po swoim psie (ufając, że inni też zaczną to robić); pójdzie głosować (ufając, że może jednak nie wszyscy politycy to kretyni i złodzieje); czy nie będzie pomstował na kasjerkę (ufając, że stara się i pracuje na tyle szybko, na ile może, a nie jest leniwą babą, która guzdrze się, żeby wszystkim zrobić na złość).pl