„Czarna plama” na religii

Do tego wpisu zainspirowała mnie opowieść znajomej. Mówiła o doświadczeniach swojej córki (pierwszoklasistki), która na lekcji religii usłyszała, że dzieci nieochrzczone noszą w sobie „czarną plamę, którą chrzest oczyści”. Gdy przestraszona dziewczynka (nieochrzczona) zapytała, czy jak będzie grzeczna, to plama zniknie, usłyszała, że nie, bo samo bycie grzecznym nie pomoże.

Mama dziewczynki była oburzona, i choć rozumiem jej emocje, przyznaję, że stwierdzenie katechetki szczególnie mnie nie dziwi. Nie dziwi nie dlatego, że mam złą opinię o sposobie prowadzenia lekcji religii w szkole (mam, ale nie o to chodzi) i ze względu na tę opinię żaden „wybryk” prowadzących katechezy mnie nie zaskoczy. Nie dziwi, bo choć z pewnością można znaleźć lepszy sposób na zilustrowanie tego, czym jest grzech pierworodny (szczególnie, gdy mówi się do sześcioletnich dzieci), to przecież ten komunikat wpisuje się doskonale w doktrynę katolicką. Problemem może więc być jedynie forma – i na nią ewentualnie można się oburzać – a nie treść, która nie powinna zaskakiwać.

Dlaczego więc w ogóle piszę o „czarnej plamie”? Otóż to, co mnie dziwi, i nad czym – jak sądzę – warto się zastanowić, bo może to nie jednostkowy przypadek, to posłanie dziecka na religię przez niewierzących rodziców. Naiwnie można założyć, że podjęcie decyzji powinno być proste: jeśli rodzice są wierzący, chrzczą dziecko i zapisują je na katechezę, a w klasie drugiej lub trzeciej (ze względu na obniżenie wieku szkolnego jest teraz różnie) dziecko przygotowuje się do Pierwszej Komunii; jeśli rodzice deklarują, że są niewierzący, to nie organizują chrztu, nie posyłają dziecka na religię i nie planują Komunii. Logiczne i konsekwentne wybory. Tym łatwiejsze, że od początku tego roku szkolnego religia (lub etyka) nie są przedmiotami obowiązkowymi, a uczeń może uczestniczyć w zajęciach z jednego przedmiotu, z obu, a może także nie wybrać żadnego z nich.

Dlaczego więc podejmowanie przez rodziców decyzji o posyłaniu/nieposyłaniu dziecka na lekcje religii nie zawsze jest tak łatwe, logiczne i spójne z ich światopoglądem?

Mam wrażenie, że dokonywanie tego wyboru jest poza polem decyzji podejmowanych w oparciu o racjonalną refleksje, bo tak naprawdę nie chodzi tu o same lekcje; nie chodzi o to, czego uczeń się na nich dowie, a czego nie dowie. Ważne są emocje i różnego rodzaju obawy rodziców. I dlatego nawet dla tych, którzy ostatni raz w kościele byli kilkanaście lat temu; dla tych, którzy na modlitwę od dawna nie poświęcili ani minuty; dla tych, którzy deklarują, że są niewierzący lub co najwyżej „wierzący na swój sposób”, ta decyzja często nie jest prosta i rzadko kto nie musi się w ogóle nad nią zastanawiać.

Co tak komplikuje sytuację? Na niektórych rodziców działa presja otoczenia i po pierwsze – lęk przed tym, co będzie, jeśli ich dziecko okaże się jedynym w kasie (lub w szkole), które nie chodzi na religię, a po drugie – obawa o to, co powiedzą „inni”: własna rodzina, sąsiedzi, rodzice dzieci z tej samej klasy i pewnie jeszcze wielu innych „innych”. W małych środowiskach jest to szczególnie istotne.

Niektórzy rodzice nie widzą alternatywy dla lekcji religii, a często rzeczywiście takiej alternatywy nie ma lub nie było (po wprowadzeniu rozporządzenia z 2014 roku sytuacja teoretycznie powinna ulec zmianie). W 2012/2013 roku szkolnym lekcje religii odbywały się w 26391 szkołach, lekcje etyki w 1276, religii uczyło prawie 30 tysięcy osób, etyki nieco ponad 1100 (dane z Systemu Informacji Oświatowej, podawane przez PAP).

Dla niektórych rodziców ważne jest, aby „nie zamykać dziecku drogi” (w końcu na pierwszej stronie podręcznika dla pierwszej klasy jest obrazek Jezusa z podpisem: „pozwólcie dzieciom przyjść do mnie, nie przeszkadzajcie im”) i dać pierwszoklasiście wybór. Nie jestem do końca przekonana, czy dziecko w tym wieku jest w stanie dokonywać takich decyzji, sugerując się innymi argumentami niż: wszystkie koleżanki i koledzy chodzą, a ksiądz rozdaje fajne naklejki. Może takie podejście rodziców także związane jest z obawą? Obawą przed podjęciem decyzji, przez jednoznaczną deklaracją i przed „zamknięciem drogi”. Niektórzy zresztą mówią wprost: przecież to nic nie zaszkodzi, a zawsze może się przydać.

Mimo najnowszych zmian w sposobie organizowania lekcji religii i etyki, mam wrażenie, że dopóki katecheza będzie odbywać się w szkołach, decyzje podejmowane przez rodziców (nawet tych niewierzących) nie będą proste i „oczywiste”. A „czarna plama” w porównaniu z obawami i niepewnością rodziców, czy aby dobrze robią (niezależnie od tego, czy na religię zapisują, czy nie), to naprawdę nic.

Rysunek: Andrzej Mleczko