Odczepcie się od socjologii

To będzie wpis hermetyczny. Nie taki, jak o bransoletkach z kolorowych gumek czy o komentatorach mundialu. Tamte dotyczyły zjawisk, które interesują wiele osób, a ten będzie o socjologii. A kogo interesuje socjologia oprócz socjologów? Z góry przepraszam więc „niezainteresowanych”, a jednocześnie – przekornie – zachęcam do czytania.

Nie mogłam się powstrzymać, żeby o tym nie napisać. Bezpośrednim powodem powstania tego wpisu, kroplą, która spowodowała przelanie „czary goryczy”, jest artykuł, który ukazał się w aktualnym wydaniu POLITYKI. Poruszany jest w nim problem alimentów, w tym alimentów, których domagają się dorosłe, ale niezaradne życiowo dzieci. To ważny temat, ale nie on przykuł moją uwagę. W artykule zacytowano wypowiedź adwokatki: „Weźmy przypadek 27-latki, która kończy powiedzmy socjologię. Przed sądem może pokazać dziesiątki wysłanych maili, żeby udowodnić, że bezskutecznie szuka pracy w swoim zawodzie”. Nie mogę się powstrzymać i nie zapytać, dlaczego ta 27-latka kończy akurat „powiedzmy socjologię”?

To oczywiście nie pojedyncza wypowiedź pokazująca powszechne postrzeganie absolwentów socjologii jako osób z nikłymi szansami na rynku pracy. Premier Donald Tusk, zanim wyjechał do Brukseli, w wywiadzie dla Polsat News stwierdził: „Nie zabronię nikomu zostać socjologiem, chociaż pracy dla nich nie ma”. I jeszcze dodał: „To nie jest rola państwa, żeby zgwałcić wyższe uczelnie i nakazywać uczenia czegoś, co w naszym rozeznaniu będzie przydatne na rynku pracy. Jeśli ktoś uparł się, żeby studiować psychologię czy socjologię, mimo że na dzisiejszym rynku pracy trudno o robotę dla ludzi z takim wykształceniem, to trudno, żebyśmy używali machiny państwowej, żeby mu to uniemożliwić”. Ta wypowiedź tym bardziej zaskakuje, że dzieci Pana Premiera skończyły właśnie psychologię i socjologię.

Kolejny przykład: w 2012 roku w „Gazecie Wyborczej” ukazał się wywiad Wojciecha Staszewskiego z profesorem Wojciechem Cellarym, szefem Katedry Technologii Informacyjnych Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Profesor stwierdził: „Socjolog to brzmi dumnie – kiedyś socjologów można było policzyć na palcach jednej ręki. Ale 100 tysięcy socjologów? Ile każdy Polak musiałby zamawiać badań socjologicznych i płacić za nie, aby 100 tys. socjologów miało godziwe pensje?”.

Swoją drogą ciekawe, skąd Profesor wziął liczbę 100 tysięcy socjologów? Czy chodzi o absolwentów studiów (licencjackich i magisterskich) w jednym roczniku, czy może o wszystkich, którzy mają tytuł licencjata lub magistra socjologii? Jeśli o to pierwsze, to dane są mocno przeszacowane. Policzyłam skrupulatnie, korzystając z wiarygodnego źródła: statystyk GUS. Liczba absolwentów studiów licencjackich i magisterskich w roku akademickim 2011/2012 w „podgrupie nauki społeczne” (którą – obok socjologów – tworzą także psychologowie, politolodzy, etnolodzy, kulturoznawcy, europeiści, absolwenci kierunków: nauki o rodzinie, polityka społecznej i jeszcze kilku innych), biorąc pod uwagę zarówno szkoły publiczne, jak i niepubliczne – wynosiła 46 500 osób. Przypominam, że wśród nich tylko część (i to pewnie całkiem niewielką) stanowią socjologowie. Jeśli zaś 100 tys. podawane przez profesora Cellarego ma dotyczyć „wszystkich socjologów w Polsce”, to bardzo jestem ciekawa, jak Profesor to oszacował.

Niezależnie od liczb stwierdzenie Profesora doskonale pokazuje, z czym socjologia jest powszechnie utożsamiana. Z sondażami. Przypuszczam, że przede wszystkim z sondażami przedwyborczymi, i to jeszcze z tymi, które źle oszacowały szanse kandydatów. A to nie buduje dobrego wizerunku dziedziny. Doskonałej ilustracji dla negatywnego postrzegania sondaży dostarcza exposé Pani Premier Ewa Kopacz, która stwierdziła: „Miarą sukcesu dla mnie nigdy nie będzie, nie będą żadne statystki i sondaże, a jedynie poczucie dobrobytu i bezpieczeństwa w każdym polskim domu”. Tylko jak to „poczucie” zmierzyć (i uzyskać reprezentatywne i wiarygodne wyniki), skoro sondaże się do tego nie nadają?

Wracając do społecznego wizerunku socjologii. Studia socjologiczne dają znacznie więcej niż umiejętność robienia sondaży, a socjologia to zdecydowanie nie tylko ankiety i ich wyniki. A nawet jeśli mielibyśmy się upierać przy stwierdzeniu, że sensem socjologii są przede wszystkim badania (a stwierdzenie to jest nieprawdziwe), to nie powinniśmy zapominać także o innych sposobach obserwowania i analizowania rzeczywistości społecznej niż sondaże.

Upieranie się przy badaniach (sondażowych lub innych) byłoby jednak niemądre, więc szukajmy dalej praktycznego zastosowania dla tej nauki. Wykształcenie socjologiczne przydaje się również w pracy związanej z marketingiem, reklamą i PR-em czy z Human Resources. Wiedza socjologiczna jest użyteczna w pracy w trzecim sektorze oraz w administracji publicznej. Socjologia przydaje się także w polityce, publicystyce czy dziennikarstwie.

Prezes PZU Andrzej Klesyk w szeroko komentowanym liście otwartym do „Gazety Wyborczej” – w którym krytykował polski system szkolnictwa wyższego, zarzucając mu „produkowanie bezrobotnych” – tak podsumował oczekiwania współczesnych pracodawców wobec pracowników (przynajmniej tych wysoko wykwalifikowanych): „Perłami, talentami czy diamentami, których szukamy, są ci, którzy mają owe miękkie, niewidzialne dobra, talenty czy nawyki polegające na umiejętności weryfikacji informacji, analizy ich wzajemnych korelacji, umiejętność poskładania rozsypanych danych i wyławianie z nich kluczowych sensów czy prawdopodobieństw. Szukamy tych, którzy myślą samodzielnie, a nie tych, którzy potrafią zapamiętać klucze i schematy testów”. Wierzcie lub nie, ale właśnie tego uczy socjologia. Przynajmniej wtedy, gdy jest dobrze wykładana.

Wracając na koniec do przypadku bezrobotnej 27-latki, która kończy „powiedźmy socjologię”. Skąd to sklejenie bezrobocia i socjologii? W zeszłym roku został opublikowany raport „Młodość czy doświadczenie? Kapitał ludzki w Polsce”. Wyniki uzyskane w badaniu zostały upowszechnione przez media. Podawano, że najrzadziej znajdują pracę absolwenci (podaję pierwszą trójkę): turystyki i rekreacji, socjologii oraz pedagogiki.

Dziennikarze, przedstawiając te wyniki, nie dostrzegali, że wzięto pod uwagę tylko te kierunki, w których liczba badanych nie przekraczała 100. W przypadku socjologii rozmawiano z 126 absolwentami, z których 20 proc. (25 osób) nie znalazło pracy. To trochę mała próba, gdy chce się formułować tezę o socjologii jako „fabryce bezrobotnych”. Być może trening socjologiczny podpowiedziałby dziennikarzom, że zanim postawi się taką tezę, warto zwracać uwagę na takie „detale” jak liczebność próby. Autorzy badania, mając tego świadomość, piszą zresztą o „nierzetelności przekazu prezentowanego przez media” (ale też niestety przez wielu rzekomych specjalistów z dziedziny szkolnictwa wyższego), w którym przeciwstawia się „obraz sukcesu rynkowego absolwentów kierunków ścisłych z obrazem porażki rynkowej absolwentów kierunków humanistycznych”. Jednak ta informacja jakoś nie przebiła się w dziennikarskim opisie, który jest jednym ze sposobów kreowania społecznego postrzegania rzeczywistości i zgodnie z którym 27-latki, a może i 27-latkowie, po „powiedźmy socjologii” pozostają bezrobotni*.

*Monitorowanie losów absolwentów Instytutu Socjologii UW pokazuje, że najczęściej nie mają oni problemu z zatrudnieniem, a w dodatku z zatrudnieniem w zawodzie. Ponieważ jednak próba nie była reprezentatywna (ankiet nie wypełnili wszyscy absolwenci), jedynie wspominam o tych badaniach. Podobne wyniki uzyskano w przypadku losów absolwentów socjologii (z którymi rozmawiano 3 lata po ukończeniu studiów) z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Natomiast w dużych projektach, mających na celu monitorowanie losów byłych studentów, realizowanych np. na UW czy na UJ, których wyniki mogłyby posłużyć za wiarygodne źródło informacji, nie wyodrębniono oddzielnej kategorii: absolwenci socjologowie. Trudno więc znaleźć godne zaufania dane na poparcie tezy o powszechnym bezrobociu socjologów. Mnie się przynajmniej to nie udało.

Rysunek: anndrzejrysuje.pl