Czy można mieć od razu trójkę dzieci?

Oczywiście, można. Choć nie zdarza się to często. Trojaczki przychodzą na świat raz na 7200 porodów. Tymczasem inicjatorzy polityki „prorodzinnej” w Polsce ignorują ten fakt, adresując wiele rozwiązań do rodzin z co najmniej trójką dzieci. Tak jakby nie zauważali, że aby wychowywać trójkę, najpierw (w zdecydowanej większości przypadków) trzeba zdecydować się na pierwsze, a potem na drugie dziecko.

„Karta Dużych Rodzin” (dla rodzin z co najmniej trójką dzieci), dodatkowe zniżki – np. w komunikacji – proponowane przez samorządy (dla rodzin z co najmniej trójką dzieci), dodatkowe punkty w rekrutacji do przedszkoli (dla rodzin z co najmniej trójką dzieci), wreszcie – ustawa przygotowywana obecnie w ministerstwie finansów, której celem jest m.in. „zwiększenie kwoty ulgi dla podatników wychowujących troje i więcej dzieci”. Wszystko świetnie. Każdy (no, prawie każdy) element polityki społecznej, nastawionej na podniesienie dzietności, jest cenny – wskaźnik urodzeń w Polsce jest jednym z najniższych wśród krajów Unii Europejskiej*. Jednak autorzy rozwiązań promujących wielodzietne rodziny zdają się zapominać, że aby rodzice zdecydowali się na trzecie lub kolejne dzieci, najpierw muszą się zdecydować na pierwsze i drugie.

Jeśli chodzi o pierwsze dziecko – wiele osób jest przekonanych, że warto je mieć i całkiem niemała grupa się na to decyduje. Wprawdzie liczba bezdzietnych kobiet w Polsce wzrasta (jak pokazują demografki Monika Mynarska i Marta Styrc, wśród kobiet urodzonych w latach 1945-1955 około 8 proc. nie urodziło dziecka, natomiast w grupie kobiet, które urodziły się w 1970 roku, a więc obecnie mają 44 lata, 17 proc. pozostaje bezdzietnymi), to jednak wciąż – w porównaniu z innymi krajami UE – bezdzietność nie należy do najważniejszych przyczyn małej liczby dzieci w naszym kraju.

Zasadniczym powodem niskiej dzietności jest to, że Polki i Polacy stosunkowo rzadko decydują się na drugie dziecko. Wśród rodzin mających dzieci 53 proc. stanowią te, w których dorasta jedynak lub jedynaczka, w 35 proc. gospodarstw domowych jest dwoje dzieci, w 9 proc. – troje, a 3 proc. rodzin ma czworo i więcej dzieci (dane GUS, Spis Powszechny realizowany w 2011 roku). Jednocześnie niezmiennie od kilkunastu lat „ideałem” rodziny jest dla wielu mieszkańców naszego kraju model: 2 + 2 – dwoje dzieci chciałaby mieć połowa badanych przez CBOS. O trójce dzieci marzy prawie 1/4 respondentów, wychowywać jedno dziecko chciałoby 7 proc., a jedynie 3 proc. deklaruje, że w ogóle nie chce mieć dzieci. Z jednej strony mamy więc bardzo niski wskaźnik dzietności i coraz więcej jedynaków, a z drugiej strony – najwięcej Polek i Polaków marzy o dwójce, a w drugiej kolejności o trójce dzieci. Rozbieżność między „pożądaną” a „faktyczną” liczbą dzieci (bo tak to się fachowo określa) nie jest zjawiskiem wyjątkowym i charakterystycznym tylko dla naszego kraju. Jednak w Polsce te różnice są szczególnie duże.

Analiza przyczyn niskiej dzietności w naszym kraju to temat na oddzielny wpis lub nawet kilka książek. Zresztą pisałam o tym trochę tutaj. Teraz chcę się zająć czymś innym – podkreślić, że polityka „prorodzinna” w Polsce – a przynajmniej część tej polityki – opiera się na nierealistycznym założeniu: namówmy ludzi do tego, żeby mieli trójkę dzieci.

Tymczasem może warto się skupić na promowaniu modelu rodziny z dwójką dzieci, który obecnie jest dla polityki społecznej niewidoczny. Trudno znaleźć ułatwienia i ulgi adresowane specjalnie dla takich rodzin. „Karty rodziny z dwójką dzieci” jakoś nikt nie proponuje. Być może dlatego, że posiadanie dwojga potomków uważane jest za coś normalnego, standardowego. Otóż trzeba wyraźnie zaznaczyć, że w obecnej sytuacji demograficznej to już coraz rzadziej jest normą. Doceniając działania na rzecz rodzin wielodzietnych, warto apelować do ustawodawców, samorządowców – zauważajcie także rodziny mające (tylko) dwoje dzieci.

* Z jakich powodów państwo powinno podejmować działania mające na celu zachęcanie obywateli, żeby mieli więcej dzieci – to temat na oddzielny wpis.