Początek szkoły – kto zakłada tornister?

Co roku na początku września zastanawia mnie to samo: dzieci rozpoczynają rok szkolny, a rodzice, dziadkowie i opiekunki zakładają tornistry i plecaki.

Wiem – tornistry, które noszą uczniowie, mogą być ciężkie. Wiem – dzieci są delikatne, a w dodatku coraz więcej z nich idzie do szkoły, gdy mają sześć, a nie siedem lat. A ciężki plecak plus małe dziecko równa się krzywy kręgosłup. Czy jednak rzeczywiście tylko o to chodzi?

W wielu szkołach są szafki, w których uczniowie mogą zostawiać część swoich rzeczy, i wcale nie noszą (albo przynajmniej nie muszą nosić) kilogramów na plecach. Od 2009 roku szkoły są zobowiązane do zapewnienia dzieciom miejsca na przechowywanie rzeczy. Nie wszystkie się jednak z tego wywiązują. A gdy się nie wywiązują, najmłodsi uczniowie noszą tornistry często ważące więcej niż „przepisowe” 10 do 15 proc. ich wagi.

Rozumiem, że widok sześciolatka uginającego się pod ciężarem plecaka dla rodziców, dziadków czy opiekunek jest trudny do zaakceptowania i wtedy sami je zakładają. Jednak nie tylko najmłodszych dzieci to dotyczy. Nie jest rzadkością taki obrazek: całkiem wyrośnięty uczeń, tak na oko cztero- czy pięcioklasista, a obok babcia czy opiekunka dźwigająca plecak. Noszenie tornistra (w dodatku na jednym ramieniu lub trzymanego w ręku, bo przecież to mało poważne, żeby go założyć na plecy) z pewnością nie poprawi stanu kręgosłupa starszej osoby.

Moim zdaniem chodzi nie tylko o pomaganie maluchom w dźwiganiu. Bo często te maluchy nie są już takie małe, a i ich plecaki wcale nie są takie ciężkie. Mam wrażenie, że zwyczaj noszenia należących do dzieci podręczników, zeszytów i tysiąca innych szkolnych „drobiazgów” przez dorosłych jest dobrą ilustracją dla bardziej ogólnego zjawiska. Chodzi o wyręczanie dzieci.

Między pomaganiem a wyręczaniem granica jest cienka. To zrozumiałe, że trzylatek nie przygotuje sobie śniadania. Czy jednak pierwszoklasista musi mieć podane wszystko pod nos? Czy jedyną kulinarną umiejętnością gimnazjalisty ma być zagotowanie wody na herbatę? Czy nawet debiutujący uczeń nie może być odpowiedzialny za własne prace domowe? Czy rodzice muszą odrabiać lekcje razem z nim, a czasem i za niego? Czy naprawdę dziesięciolatek nie potrafi posprzątać swojego pokoju? A nawet jeśli nie potrafi lub raczej mu się nie chce, to czy mama musi to za niego robić? Czy tak często musimy wyręczać swoje dzieci?

Nie wiem, czy jest to cecha charakterystyczna dla polskich rodziców. Zapewne nie. Mam jednak wrażenie, że wysoki odsetek młodych ludzi, którzy wciąż mieszkają z rodzicami, nie jest związany tylko z problemami ze znalezieniem pracy, umowami śmieciowymi czy trudnościami ze wzięciem kredytu. To są oczywiście bardzo ważne czynniki. Czy jednak nie zaczyna się od wyręczania w noszeniu tornistra?