Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej

15.06.2014
niedziela

Od czego zależą szkolne oceny?

15 czerwca 2014, niedziela,

Zbliża się koniec roku szkolnego. Większość ocen już wystawiono lub chociaż „zaproponowano”. Od czego te oceny zależą?

Od zdolności i wytrwałości dzieci, od pracy nauczycieli i stosowanych przez nich kryteriów, od tego, na ile rodzice będą ocen pilnować. To dość oczywiste odpowiedzi. Są jednak jeszcze inne ważne powody, które nie wiążą się z indywidualnymi cechami: dziecka – inteligentnego i pracowitego lub wręcz przeciwnie – niezdolnego lenia; dobrego lub nieprzykładającego się do pracy nauczyciela; obojętnego lub zbyt ambitnego rodzica. Chodzi – i tu wpadam w żargon socjologiczny, ale nie bardzo wiem, jak go w tym przypadku uniknąć – o „czynniki strukturalne”. W czym rzecz? Doskonale ilustruje to kampania społeczna francuskiej organizacji LICRA (Ligue Internationale Contre le Racisme et l’Antisémitisme), zbudowana wokół hasła: „Kolor twojej skóry nie powinien decydować o twojej przyszłości”.

W Polsce, rzecz jasna, kolor skóry nie jest istotnym kryterium. Jesteśmy społeczeństwem mało zróżnicowanym, jeśli chodzi o narodowość. Natomiast „czynnikiem strukturalnym”, który ma niebagatelny wpływ na „przyszłość dzieci”, jest miejsce zamieszkania.

Skąd takie twierdzenie? Najlepsze wyniki na egzaminie przeprowadzanym pod koniec szkoły podstawowej osiągają uczniowie z największych miast. Dzieci zamieszkałe w na terenach byłych PGR, szczególnie tych o niskiej gęstości zaludnienia, wypadają najgorzej. Różnice są znaczące[1]. Tę samą zależność widać w wynikach egzaminów organizowanych na koniec edukacji gimnazjalnej. Na bezpłatne studia prowadzone przez najlepsze polskie uniwersytety znacznie częściej trafia młodzież pochodząca z największych miast niż z terenów wiejskich.

Oczywiście nie chodzi o samo miejsce zamieszkania. Z tym związany jest cały szereg innych czynników. Zacznę od „początku” – od dostępności przedszkoli. (O żłobkach w zasadzie w ogóle nie ma co wspominać – publicznych placówek jest wciąż bardzo mało. Dodam tylko, że 99,5% z nich jest na terenie gmin miejskich). W większości przypadków przedszkola to już nie (lub przynajmniej nie tylko) „przechowalnie” i „wylęgarnie chorób”, ale miejsca, w których dzieci są całkiem dobrze edukowane.

Zdecydowanie mniejsze szanse na taką edukację mają dzieci z terenów wiejskich, bo tam poziom „uprzedszkolnienia” jest niższy: w miastach z przedszkoli korzysta około 80% dzieci w wieku przedszkolnym, na terenach wiejskich – około połowy. To, że dziecko chodzi do przedszkola, zwiększa jego szanse na wczesne wykrycie ewentualnych deficytów rozwojowych i, na przykład, na rozpoczęcie pracy z logopedą. Tam, gdzie małe dzieci do przedszkoli uczęszczają rzadziej, szanse na to są mniejsze.

Ze względu na obowiązek szkolny każde dziecko trafia do szkoły podstawowej (lub jest uczone w domu, co jednak zdarza się rzadko). Szkoły oczywiście są bardzo różne: w miastach zdarzają się szkoły-molochy, gdzie mało kto przejmuje się rozwojem emocjonalnym i edukacją dzieci, na wsiach można znaleźć małe szkoły, w których dzieci są doskonale uczone i otoczone opieką. Niemniej gdy spojrzymy na liczby, opisujące choćby szeroko rozumianą infrastrukturę szkolną, znów widać zróżnicowanie między placówkami z terenów miejskich i wiejskich.

Na przykład w szkołach „miejskich” jest znacznie większa szansa, że – o ile będzie taka potrzeba – dziecko uzyska pomoc psychologa, pedagoga czy reedukatora (około 75% takich specjalistów pracuje w szkołach na terenie gmin miejskich, a warto pamiętać, że podstawowych szkół „wiejskich” jest niemal dwa razy więcej niż „miejskich”) czy pielęgniarki szkolnej, a nawet, że weźmie udział w akcji mającej na celu profilaktykę próchnicy. Uczeń „z miasta” ma także większe szanse na ćwiczenie podczas WF na sali gimnastycznej – np. w województwie mazowieckim ponad 80% podstawowych szkół publicznych z gmin miejskich jest wyposażonych w takie sale. W gminach wiejskich takie zaplecze ma jedynie 40% szkół.

Po lekcjach dzieci mogą korzystać z zajęć dodatkowych. Najczęściej płatnych. Problem w tym, że nie wszyscy mogą. Jest kilka powodów – pierwszy to pieniądze, wielu rodziców na to nie stać. Drugi – dostępność zajęć. O ile rodzicom z dużych miast trudno wybrać ze względu na bogactwo oferty, o tyle rodzice mieszkający na wsi zazwyczaj nie mają z czego wybierać. Nawet jeśli prężny dom kultury lub inna placówka w pobliskim mieście lub większej wsi organizuje bezpłatne i ciekawe zajęcia, pojawia się problem dojazdu. Gdy rozkład jazdy autobusu dostosowany jest do godzin rozpoczęcia i końca lekcji, trudno żeby dziecko zostawało po szkole na dodatkowe zajęcia, ponieważ później nie będzie miało jak wrócić do domu.

Zróżnicowanie w dostępie do tzw. wysokiej jakości edukacji dzieci mieszkających w aglomeracjach i na terenach byłych PRG-ów (celowo dobieram te dwie skrajnie odmienne kategorie) to oczywiście nie tylko kwesta infrastruktury edukacyjnej. Jest to także – a może i przede wszystkim – związane z kapitałem społeczno-kulturowym oraz ekonomicznym rodziców.

Badania nad umiejętnością czytania oraz nad stopniem radzenia sobie z matematyką dzieci sześcioletnich pokazały związek między osiągnięciami dzieci a poziomem wykształcenia rodziców[2]. Nawet to, czy w domu jest mało, czy dużo książek (oczywiście przy założeniu, że książki nie są tylko dekoracją), ma związek z umiejętnością rozpoznawania liter i czytania tekstu u dzieci sześcioletnich.

Trudno uznać za przypadkowe fakty, że jedynie 10% dzieci, których rodzice mają wykształcenie wyższe, nie uczęszczało do przedszkola, podczas gdy nie korzystało z tego typu placówek ponad 60% dzieci mających rodziców z wykształceniem podstawowym. W sprawdzianie szóstoklasistów dzieci rodziców z wyższym wykształceniem osiągnęły średnio o 4 punkty lepszy wynik niż średnia, a dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym o 4 punkty gorszy[3]. 9 na 10 osób kontynuujących naukę na studiach ma rodziców z wyższym wykształceniem, podczas gdy „jedynie” 30% studentów ma rodziców, którzy zakończyli edukację na poziomie podstawowym[4].

Można uznać opisywane zależności za „naturalne”: zawsze ktoś miał łatwiej, a ktoś trudniej. I tak już jest, że dzieci z rodzin z klasy wielkomiejskiej, nawet jeśli będą mniej zdolne oraz mniej pracowite, i tak już na starcie są na zdecydowanie lepszej pozycji. Natomiast zdolnym dzieciom mieszkającym „daleko od szosy” zawsze będzie trudniej. Kluczowa jest możliwość wyboru: ci pierwsi mają wybór prawie nieograniczony (przedszkola, szkoły, zajęć dodatkowych, kierunków studiów i uczelni itd.), ci drudzy – mocno ograniczoną pulę alternatyw, jeśli w ogóle są jakieś alternatywy.

Twórcy kampanii LICRY opisywali podobną sytuację braku wyboru, sytuację, w której kolor skóry był (i we Francji wciąż jest) już „na starcie” ważnym determinantem przyszłości dziecka. Hasło LICRY dostosowane do polskich realiów, brzmiałoby: „Miejsce twojego zamieszkania nie powinno decydować o twojej przyszłości”.


[1] Więcej na ten temat w raporcie: „Edukacja małych dzieci: standardy, bariery, szanse”. Raport dostępny tutaj.
[2] Więcej na ten temat: Grażyna Krasowicz-Kupis: „Rozwój i ocena umiejętności czytania dzieci sześcioletnich. Badanie gotowości szkolnej sześciolatków” (w:) Doradca Nauczyciela Sześciolatków, Warszawa, Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej, 2006.
[3] Dane Instytutu Badań Edukacyjnych.
[4] Badanie „Wejście młodych ludzi na rynek pracy”, realizowane w ramach Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, 2009.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. „Badania nad umiejętnością czytania oraz nad stopniem radzenia sobie z matematyką dzieci sześcioletnich pokazały związek między osiągnięciami dzieci a poziomem wykształcenia rodziców”

    Jak dla mnie, rewelacja. Proponuje jeszcze odkryc zarowke

  2. „Na przykład w szkołach „miejskich” jest znacznie większa szansa, że – o ile będzie taka potrzeba – dziecko uzyska pomoc psychologa, pedagoga czy reedukatora „.
    A to zależy od chęci – bardzo duże miasto, prywatna szkoła, bardzo obszerna opinia z ppp i psycholog nie widzi powodów do pracy z uczniem. Wprost bajecznie :/

  3. Stek bzdur niestety. Pomieszanie znanych faktów z nieudolnością interpretacji i…. brakiem znajomości faktów niedostępnych w przytaczanych 4 źródłach

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. To, że różnice są i start jest nierówny nie powinno oznaczać pogłębiania go przez system, ten powinien być nastawiony na ciągniecie w górę, trochę jest, niewystarczająco, poprawić stan można tylko przez podniesienie poziomu wykształcenia nauczycieli, zwiększenie ich zaangażowania, selekcja do zawodu jest potrzebna, Jak się podniesie wymagania, i za obecne pieniądze nie będzie chętnych, to się pensje podniosą:)))) z góry odpowiem zwolennikom podnoszenia, podnosić w zamian za kwalifikacje.
    Zlikwidować selekcję, przez selekcję do szkół, (już na poziomie gimnazjów, a w dużych ośrodkach obejmuje też podstawówki) utrwala się podziały na tych co im łatwiej na starcie i tych co dogonić w tym nierównym wyścigu nie mają szans. Szans zupełnie nie wyrównamy, to utopia, ale możemy skończyć z wyścigiem, wszyscy skorzystają, dzieci najbardziej.

  6. 1.Oceny zależą od przypadku – większość przedmiotów (poza polskim i matematyką) to 1-2 godziny tygodniowo czyli 1,5 -3 minuty na ucznia w typowych ponad 30-osobowych klasach oraz 300 – 700 uczniów na nauczyciela. Przy paznokciowej podstawie programowej egzekwowanej biurokratycznie oznacza to brak czasu na cokolwiek poza „przerobieniem” zadanych ministerialnie tematów i 1 – 2 sprawdziany semestralnie. Pytanie, czy akurat oceny( a nie nabywane wiedza i umiejętności uczniów!) to najważniejsza rzecz w szkole … 😉
    @Tata-lewak
    Uczniowie różnią się drastycznie zdolnościami, ambicjami i planami życiowymi, a po podstawówce również zdobytymi umiejętnościami. Nie jest to zależne od portfela – bogaci myślą, że już się nie muszą starać, bo … są bogaci… 😉
    Jeśli jesteś taki równościowy, to postuluj likwidację drogich płatnych szkół lub przynajmniej ich przywilejów – to bardziej drastyczny podział (i niesłuszny!) niż według dotychczasowych osiągnięć i wykazanych(!) uzdolnień. A dotacja budżetowa (na ucznia!) w danej gminie jest taka sama w szkole płatnej (niezależnie od czesnego!) i w publicznej!!!

  7. Oceny zależą przede wszystkim od wiedzy i obrotności ucznia. Tępakowi, zarówno z wielkiego miasta, jak i ze wsi, niewiele może pomóc. No, chyba że to ustawieni rodzice załatwiają potomstwu stopnie.
    Ja osobiście stawiałam przede wszystkim na obrotność, tudzież zaradność. W każdej szkole- podstawówce, gimnazjum, liceum- na starcie wyrabiałam sobie opinię pilnej uczennicy i, w razie potrzeby, potrafiłam się nią posłużyć. Wśród kolegów i koleżanek byłam uznawana wręcz za kujona, którym nigdy nie byłam- zamiast wkuwać, wolałam sobie po prostu poczytać. Wystarczyło dobrze, taktycznie rozegrać pierwszy miesiąc- dwa i gotowe. Strategia była prosta jak drut- na wstępie łapałam oceny za aktywność, zgłaszałam się do odpowiedzi z tego, co już znałam i lubiłam, dorzucałam trochę zapamiętanych z książek, bynajmniej nie podręczników, kontekstów, faktów i anegdot, i kiedy klasa biedziła się nad jakimiś ramotami, ja miałam spokój. To był mój sposób na przetrwanie, głównie z przedmiotów humanistycznych- nigdy nie byłam szczególnie pracowita. A nauczyciele więcej wybaczają tym, których uważają za zdolnych 😉
    W moich szkołach zajęcia dodatkowe nie były płatne. Można było chodzić na koła zainteresowań, SKS, warsztaty teatralne i inne tego typu, a także na zajęcia wyrównawcze. I nie, nie były one organizowane w porach niedostępnych dla uczniów ze wsi. Wiem, bo chodzili ze mną na nie uczniowie z owych wsi. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to za mała ilość godzin języka obcego w ramach programu. Zdawanie rozszerzonej matury z języka obcego bez chodzenia na zajęcia w szkole językowej/ bez korepetycji to średnio udany pomysł.
    Z mojej licealnej klasy większość osób poszła na studia (lepsze, gorsze), chociaż, zgodnie z logiką wywodu Autorki, nie powinni byli się na nie w ogóle dostać, bo ich przeznaczeniem były praca w polu i pasanie krów.
    Autorka popełnia zasadniczy błąd, utożsamiając ilość możliwości z ich wykorzystaniem. Zauważyłam, że im ktoś ma ciężej, tym bardziej chce zmienić swoje życie. Wyrwać się ze wsi, zobaczyć inne życie, wreszcie- żyć inaczej. Dziecko z prowincji ma, statystycznie rzecz biorąc, mniej opcji, ale raczej wykorzystuje te, które są dostępne. Ma większą motywację niż osoba, której wszystko podetknięto pod nos i która uważa, że wszystko się jej należy. Można mieć te wszystkie „wspomagacze” i je konsekwentnie olewać.
    Z tym, co napisał Tato zgadzam się w całej rozciągłości, głównie w aspekcie podniesienia kwalifikacji nauczycieli. Wywalenie nieudolnego nauczyciela jest obecnie niemal niemożliwe, a to bardzo, bardzo źle.

  8. @Gospodyni
    Dziecko w mieście ma zaplecze rodzinne(mieszkanie u rodziców!) i perspektywę (znajomości rodziców czyli dziedziczenie ich pozycji wobec inflacji dyplomów) pracy zgodnej z kwalifikacjami. Po co miałoby się męczyć dziecko na wsi (o ile nie jest geniusze, ale takim nasze państwo akurat nie pomaga!) z perspektywą pracy na gospodarstwie rodziców, a w mieście, niezależnie od dyplomu, na kasie w Biedronce. I po co by rodzic takiego dziecka miał inwestować w kompletnie mu zbędne dyplomy???
    Takie są skutki „studiów dla każdego” – koncepcji prof. Czapińskiego:-(((

  9. Co to jest zarowke?

  10. @Agnieszka
    >Wywalenie nieudolnego nauczyciela jest obecnie niemal niemożliwe, a to bardzo, bardzo źle.<
    1.A kto to jest nieudolny nauczyciel – taki co się nie podoba a) dyrekcji(i dlaczego?); b) rodzicom; c) uczniom (b i c to nie to samo!); trzeba go zwolnić by zdobyć miejsce dla kogoś innego; d) organowi prowadzącemu; e) kuratorium??? Czy się nie podoba dziś, po trudnej klasówce, czy po zakończeniu szkoły?
    2.Znam przypadki wywalenia nawet najlepszego(!) w Polsce nauczyciela i nauczycieli roku w województwach – wszystko zależy od tego czy i dlaczego się chce wywalić … 😉

css.php