Zagonieni rodzice, „wyścig szczurów” i opuszczone dzieci. Rozważania z okazji Dnia Dziecka

Tytuł to prowokacja. Przyznaję, że mało która opinia irytuje mnie bardziej niż te zawarte w tytule. Zazwyczaj tego typu stwierdzenia są poparte zdaniami o tym, że „kiedyś było lepiej”, rodzice zajmowali się dziećmi, a dzieciństwo było czasem beztroski. Kiedy tak było?

Do XVII wieku dzieci były „niewidoczne”. Na obrazach średniowiecznych praktycznie ich nie pokazywano, z wyjątkiem Chrystusa-dziecka lub aniołów na płótnach ze Świętą Rodziną i świętymi. Dopiero w XVIII wieku w malarstwie pojawiły się wizerunki dzieci „jako dzieci”, uroczych istot, portretowanych w pogodnych scenach z życia rodzinnego lub w niezobowiązujących pozach.

Nie tylko sztuka nie dostrzegała dzieci, także rodzice nie przywiązywali się do nich za bardzo. Zazwyczaj mieli dużo potomków, a ze względu na wysoką śmiertelność niemowląt i małych dzieci ryzyko, że nie przeżyją dzieciństwa, było wysokie. Żal Jana Kochanowskiego po śmierci Urszulki był raczej czymś wyjątkowym niż normą. Teologia chrześcijańska do XVII wieku propagowała obraz dziecka jako symbolu zła, niedoskonałej istoty obarczonej ciężarem grzechu pierworodnego, podobnej do bezrozumnego i „niemego” zwierzęcia (być może stąd wzięło się przysłowie: „dzieci i ryby głosu nie mają”).

W „Państwie Bożym” św. Augustyn pisze o „grzechu dzieciństwa” i ludzkim szczenięciu – głupim, ulegającym namiętnościom i kapryśnym: „Gdyby mu pozwolić na robienie tego, co mu się podoba, nie byłoby zbrodni, w której by się nie pogrążyło”. Siedemnastowieczny pedagog Bérulle stwierdził, że „stan dzieciństwa jest najnędzniejszym i najobrzydliwszym stanem natury ludzkiej poza śmiercią” (cytat za: Elisabeth Badinter).

Srogość, dyscyplina, kary cielesne zdecydowanie dominowały w ówczesnym procesie wychowawczym – trzeba było okiełznać nędzne szczeniaki. Hiszpański kaznodzieja Juan Luis Vivès z XVI wieku radził matkom: „kobiety gubią swoje dzieci w taki sposób, że wychowują je w przyjemnościach. Kochajcie tak, jak powinniście, aby miłość nie przeszkadzała wydobyciu młodzieży z ułomności, i zmuszajcie dzieci do odczuwania obawy, stosując lekkie kary, napomnienia, i płacze, aby ciała i umysły stały się lepsze dzięki surowości i wstrzemięźliwości wychowania” (cyt. za: Elisabeth Badinter). Czy to miałby być ten czas, gdy dzieciom – w porównaniu do współczesności – było tak dobrze?

Gdy dzieci były „widoczne”, to nie tylko je dyscyplinowano, ale przede wszystkim wykorzystywano jako siłę roboczą. Dzieci na roli pracowały „od zawsze”, a od rewolucji przemysłowej pracowały także w fabrykach. Praca nieletnich nikogo nie dziwiła ani nie bulwersowała. W Wielkiej Brytanii dopiero w 1874 roku przyjęto Ustawę o dzieciach, zakazującą zatrudniania pracowników mających mniej niż 12 lat. Nie od razu jednak nowe przepisy weszły w życie, a w niektórych krajach ich nie ma lub nie są respektowane do dzisiaj. Trudno uznać ciężką pracę fizyczną za element szczęśliwego dzieciństwa.

Ktoś może powiedzieć: nie ma sensu sięgać aż tak daleko, czasy, kiedy polskim dzieciom było „najlepiej”, to okres PRL. Wprawdzie było wtedy biednie i szaro, ale wszystko działo się wolniej, a życie rodzinne kwitło, bo rodzice mieli czas dla maluchów. Tymczasem, jak podkreślają historycy i socjologowie, rodzice wcale nie byli wtedy mniej zabiegani niż obecnie – wiele osób pracowało nie tylko u jednego pracodawcy, a ci, którym praca zajmowała mniej czasu, wcale nie przeznaczali go na kontakty z dziećmi, a już raczej na stanie w kolejkach i „załatwianie” potrzebnych dóbr.

Wielu dorosłych wspomina, że po szkole chodzili „z kluczem na szyi”. Zazwyczaj im to szczególnie nie przeszkadzało, mieli czas dla siebie i kolegów oraz koleżanek z podwórka. Nie potrzebowaliby jednak klucza, gdyby rodzice się nimi intensywnie zajmowali. Tylko że zazwyczaj się nie zajmowali i w dodatku nie uznawali tego za niewłaściwe.

Aby rodzice mieli czas na budowanie socjalizmu, w 1952 roku przyjęto Uchwałę w sprawie zwiększenia stanu zatrudnienia kobiet, która zapewniała matkom pracującym możliwość umieszczenia dzieci do trzech lat w żłobku na koszt zakładu pracy. Aby umożliwić kobietom pracę na różne zmiany, organizowano żłobki dwuzmianowe, tygodniowe (do których oddawano dziecko w poniedziałek, a odbierano w piątek), a nawet sezonowe żłobki wiejskie – w czasie żniw oddawało się dziecko na kilka tygodni. Słychać dziś czasami głosy właścicieli żłobków i przedszkoli, którzy narzekają na rodziców domagających się otwarcia placówek w soboty. Ale czy współczesny – nawet zapracowany – rodzic oddałby dziecko do żłobka na tydzień?

Rodzicom niemowlaków zalecano, aby „od urodzenia przyzwyczajali niemowlę do regularnego przyjmowania pokarmów w stałych odstępach czasu oraz do zachowania przerwy nocnej. W związku z tym w pierwszym miesiącu życia niemowlę karmimy w godzinach: 6, 9, 12, 15, 18, 21, 24, i zachowujemy 6-godzinną przerwę nocną. (…) Czas trwania karmienia niemowlęcia waha się przeciętnie od 10 do 20 minut. Dłuższe trzymanie dziecka przy piersi jest szkodliwe zarówno dla dziecka, jak i dla matki, gdyż dziecko niepotrzebnie się męczy” (cytat za: Justyna Dąbrowska).

Ani słowa o więzi z dzieckiem, o emocjach. Rodzice małych dzieci koncentrowali się przede wszystkim na rozwoju fizycznym. Jego potrzeby emocjonalne były mało istotne. W książce „Zdrowie kobiety”, wydanej w 1966, można było przeczytać: „Bardzo często zdarza się, że matka, nie mogąc uspokoić dziecka częstym karmieniem, zaczyna je nosić, bujać lub wozić, co wprawdzie na parę minut uspokaja dziecko, ale po pierwsze, powoduje przyzwyczajenie dziecka do noszenia i bujania, co staje się wkrótce męczarnią dla całej rodziny (…), a po drugie, jest szkodliwe dla dziecka, któremu w tym czasie potrzebny jest właśnie spokój”. Dziś rzadko który „ekspert od wychowania” będzie doradzał tak jawne ignorowanie potrzeb komunikowanych przez dziecko.

Dzieci (te „grzeczne”, te, które dobrze się uczyły) były „cennym dobrem” – socjolog Adam Podgórecki pisał, że w latach 70. dzieci były traktowane jak „symbole prestiżu”; socjolożka Hanna Bojar dodawała, że dzieci były źródłem satysfakcji… obok mieszkania i pokazowej konsumpcji, o ile na taką można było sobie pozwolić. Nie były to czasy, w których relacje między rodzicami i dziećmi charakteryzowała szczególna bliskość. Dzieci były traktowane dość przedmiotowo – rodzice, gdy mogli sobie na to pozwolić, inwestowali w potomków, żeby miały „lepiej niż oni w dzieciństwie”, ale jednocześnie nie byli szczególnie wyczuleni na ich opinie. Samodzielność dziecka nie byłą ważną wartością, istotniejsze było podporządkowanie i „grzeczność”.

Nie twierdzę, że dzieci wychowywane w tym czasie były nieszczęśliwe i cierpiały z powodu chłodu emocjonalnego lub zapracowania rodziców (ja nie byłam). Byłoby to takie samo uproszczenie jak to, że współcześnie dzieci są pozostawione same sobie (ewentualnie są przede wszystkim w bliskiej relacji ze swoim telefonem czy innym mobilnym urządzeniem), a rodzice koncentrują się głównie na zdobywaniu pieniędzy. Chciałam pokazać, że to, co dzisiaj w zasadzie powszechnie uznawane jest za normę w relacjach rodzice-dziecko (bliskość; silna więź emocjonalna; reagowanie na komunikaty nawet bardzo małego dziecka i np. niepozostawianie płaczącego malucha, bo „się przyzwyczai”, gdy weźmie się go na ręce; karmienie „na żądanie”, a nie według harmonogramu; spędzanie czasu z dzieckiem, i to w dodatku tzw. „czasu wartościowego”, przeznaczonego na zabawy, a nie jedynie wspólne oglądanie telewizji itd.), jest czymś stosunkowo nowym.

Na ile współcześni rodzice realizują te zalecenia – to już inna sprawa. Jednak nawet jeśli wielu tego nie robi, nie zmienia to faktu, że społeczne postrzeganie dzieci jest zdecydowanie inne niż jeszcze w poprzednim pokoleniu. Dzieci nie są już „niewidoczne” (wręcz przeciwnie, czasami są aż za bardzo widoczne i jeszcze „słyszalne”). Nie są „nędznymi szczeniakami” (choć niektóre czasami dość niesfornie się zachowują). Nie są też źródłem prestiżu społecznego dla rodziców (no, tu pewnie są wyjątki). Zaryzykuję stwierdzenie, że nigdy jeszcze nie było tak dobrze być dzieckiem jak dziś.