„Ratuj maluchy”, „panika moralna” i darmowy podręcznik

Udostępnienie jednej części ujednoliconego podręcznika dla pierwszych klas szkół podstawowych jest dobrym pretekstem do namysłu nad kwestią bardziej ogólną – nad jakością debaty publicznej dotyczącej edukacji. Moim zdaniem do interpretacji tego zjawiska dobrze nadaje się znane w naukach społecznych pojęcie „panika moralna”.

Nie ma wątpliwości: polskie mamy i polscy ojcowie wysoko stawiają swoim dzieciom poprzeczkę: wyższego wykształcenia od córek oczekuje 76 proc. rodziców (plus 9 proc., którzy mają ambicje co najmniej na poziomie doktoratu), od synów – 73 proc. (oraz dodatkowo 8 proc. myślących przynajmniej o trzecim stopniu edukacji wyższej)[1]. Dwadzieścia lat wcześniej o wyższym wykształceniu dla dzieci myślało 10 proc. rodziców mniej. Czterdzieści lat wcześniej „jedynie” połowa rodziców chciała, aby ich dzieci kończyły studia[2]. Gdy w połowie lat 70. jedna czwarta rodziców była usatysfakcjonowana, jeśli ich dzieci ukończyły edukację na poziomie średniej szkoły zawodowej, obecnie ten rodzaj wykształcenia zadowala jedynie 5 proc. Co ważne, nawet rodzice mający niższe wykształcenie są przekonani, że wysoki poziom edukacji jest bardzo istotny.

Nie tylko w deklaracjach rodziców dotyczących przyszłości ich dzieci, ale także w zachowaniach młodzieży widać, że Polacy mają duży apetyt na edukację. Podczas gdy na początku lat 90. niecałe 10 proc. osób w wieku 19–24 lata studiowało, w 2013 na uczelniach wyższych uczyła się ponad połowa młodzieży z tego przedziału wiekowego.

Ostatni spis powszechny realizowany w 2011 roku pokazał, że 17 proc. Polaków może pochwalić się wyższym wykształceniem. Gdy przeprowadzano spis w roku 2002, ten poziom edukacji osiągnęło „jedynie” 10 proc. obywateli. Minęła zaledwie niecała dekada, a zmiana jest naprawdę znacząca. Aspiracje Polaków dotyczące edukacji są dość wyjątkowe, gdy porównamy je z sytuacją w innych krajach Unii Europejskiej. Około 60 proc. dwudziestojednoletnich Polek oraz 40 proc. dwudziestojednoletnich Polaków studiuje, podczas gdy średnia dla krajów Unii to odpowiednio: 40 proc. dla kobiet i 30 proc. dla mężczyzn[3]. Oczywiście są kraje, w których więcej osób zdobywa wykształcenie wyższe, niemniej wzrost zainteresowania studiami w naszym kraju jest wyjątkowo dynamiczny.

Bez wątpienia edukacja jest dla nas ważna i zapewne także z tego powodu wzbudza żywe dyskusje, często pełne demagogicznych argumentów, a niekiedy powodujące „panikę moralną”. Argumenty stawiane w sporach na temat obniżenia wieku szkolnego są tu doskonałym przykładem.

Termin „panika moralna” spopularyzował socjolog Stanley Cohen, który w latach 70. badał sposób opisywania subkultur młodzieżowych – modsów i rockersów – przez brytyjskie media. Przedstawiano ich jednoznacznie niepozytywnie jako zagrożenie dla ładu społecznego, jako „diabelski pomiot” (Folk Devils – by zacytować fragment tytułu książki Cohena). Panikę moralną mogą wzbudzać nie tylko subkultury, ale także inne grupy społeczne: homoseksualiści, chorzy na AIDS, pedofile, ateiści, ruchy radykalnie prawicowe, „genderyści” czy feministki – przykłady można mnożyć.

Nie chodzi o to, czy przedstawiciele grup wywołujących panikę rzeczywiście są zagrożeniem, istotą jest to, że tak są przedstawiani, a opis ten wywołuje niepokój, a nawet poczucie zagrożenia w społeczeństwie lub jakiejś jego części. Przyczynia się to do stygmatyzowania grup wzbudzających panikę. W niektórych przypadkach panika powoduje konstruowanie fikcyjnego wroga.

Przykładem zastosowania – nie wnikam w to, na ile jest to działanie świadome i zaplanowane, a na ile jest efektem przede wszystkim emocji – tego mechanizmu jest inicjatywa „Ratuj maluchy”. Już sama nazwa wzbudza niepokój. Gdy usłyszałam ją po raz pierwszy, pomyślałam, że chodzi o ciężko chore dzieci i zbiórkę pieniędzy na ich leczenie – o sytuację, w której zagrożone jest życie (lub co najmniej zdrowie) maluchów. To właśnie komunikują inicjatorzy akcji, z tym że czynnikiem zagrażającym, wrogiem nie jest poważna choroba, lecz – po pierwsze – szkoła, a po drugie – pomysłodawcy obniżenia wieku szkolnego. Motywacje reformatorów są przedstawiane przez działaczy „Ratuj maluchy” w sposób jednoznaczny: chodzi o kasę – dzieci, które wcześniej pójdą do szkoły, wcześniej wejdą na rynek pracy, zaczną płacić podatki, odprowadzać składki na ubezpieczenie i emeryturę itd.

Nawiasem mówiąc, rząd i kolejni ministrowie edukacji ułatwiają zadanie przedstawicielom akcji, wyjątkowo nieumiejętnie komunikując przyczyny i sens obniżenia wieku dzieci rozpoczynających edukację szkolną i nie eksponując argumentu wyrównywania szans edukacyjnych między dziećmi z różnych środowisk. A to jest właśnie podstawowe wyzwanie dla polskiego systemu edukacji.

Dziecko urodzone na terenie byłego PGR-u, niechodzące do przedszkola (bo takiego w okolicy nie ma), niemające dostępu do zajęć dodatkowych (bo rodziców na to nie stać, a poza tym takie zajęcia nie są organizowane w najbliższej okolicy), już na starcie jest w znacznie gorszej sytuacji niż maluch z dużego miasta, mający zamożnych rodziców, dla których edukacja jest priorytetem. To oczywiście wyostrzone przedstawienie różnic. Całkiem realnym problemem jest jednak to, że polski system edukacji te różnice pogłębia, a nie minimalizuje. Szkoda, że to zjawisko nie inspiruje ożywionej debaty publicznej.

Głównym wrogiem „konstruowanym” przez inicjatywę „Ratuj maluchy” jest szkoła. Jest ona przedstawiana jako miejsce tak niebezpieczne i niegodne zaufania, że lepiej nie posyłać tam sześcioletnich „maluchów”. A ponieważ przy okazji zbierania podpisów pod referendum do „ratuj maluchy” dodano: „i starsze dzieci też”, wygląda na to, że szkoła w ogóle nie jest dla dzieci. Takie komunikaty nie budują zaufania do placówek edukacyjnych i rzeczywiście wielu rodziców, niedecydujących się na posłanie sześciolatków do pierwszej klasy, motywowanych jest strachem. Często tłumaczą oni swoje postępowanie, przywołując hasło: „nie zabierajmy dzieciom dzieciństwa”, tak jakby edukacja w szkole i dzieciństwo wzajemnie się wykluczały.

Oczywiście obok tego argumentu, zbudowanego na emocjach, wymieniane są także bardziej racjonalne powody – krótsze godziny pracy szkoły niż przedszkola, dłuższe wakacje i liczne dni wolne od zajęć, podczas których trzeba dzieciom zapewnić opiekę, czy brak infrastruktury (placów zabaw, zabawek w salach), którymi dysponują przedszkola. Niezależnie od powodów odraczania pójścia dzieci do szkoły to zachowanie może dziwić. Skoro bowiem polscy rodzice mają wysokie aspiracje dotyczące edukacji ich dzieci, powinno im zależeć na tym, żeby wcześniej rozpoczynały naukę.

Jest jednak inaczej – wiele mam i ojców chce dzieci przed szkołami obronić, bo nie mają do nich zaufania. Zresztą gdy dzieci już są w placówkach edukacyjnych, rodzice bardzo krytycznie oceniają poziom ich bezpieczeństwa: połowa z nich „zdecydowanie”, a 34 proc. „raczej” jest przekonanych, że w szkole ich dziecka „przemoc jest poważnym problemem”. Zgadza się z tym „jedynie” 12 proc. uczniów („zdecydowanie”) oraz 15 proc. „raczej”[4]. Różnice w ocenach dzieci i rodziców są uderzające: rodzice boją się szkoły znacznie bardziej niż dzieci, które dobrze ją znają. Co ważne, przeszacowujący ogólne zagrożenie rodzice rzadko kiedy wiedzą, że ich dzieciom rzeczywiście przytrafia się w szkole coś złego.

Idea jednego i darmowego podręcznika dla klas pierwszych dodatkowo wzmaga niepokój rodziców, a debata na ten temat także prowadzona jest w czarno-biały sposób. Przeciwnicy tego pomysłu twierdzą, że pierwszoklasiści pozbawieni kompletu kolorowych książek, zeszytów ćwiczeń, wycinanek i innych wyrafinowanych pomocy naukowych zatrzymają się w rozwoju. Jeśli zaś taki pakiet będą mieli do dyspozycji, ich szanse na przyszłą karierę i powodzenie w życiu znacząco wzrosną. I jedno, i drugie twierdzenie jest demagogią. Druga strona sporu – pomysłodawcy wprowadzenia darmowego elementarza – dyktując absurdalnie szybkie tempo prac, sugerują, że brak realizacji przedsięwzięcia w najbliższym roku szkolnym może mieć katastrofalne skutki. Proponują więc projekt mocno niedopracowany, a przede wszystkim wyjątkowo nieestetyczny.

Zarówno szczególny pośpiech inicjatorów pomysłu jednego i darmowego podręcznika, jak i argumenty przeciwników, zdaniem których wprowadzenie „Elementarza” zamiast urozmaiconego pakietu książek podkopie edukacyjne szanse dziecka, tylko pogłębiają i tak już duży niepokój rodziców. „Panika moralna”, która szkołę przedstawia jako wroga – i to nie tylko sześciolatków – rośnie. A od instytucji edukacyjnej, której nie ufają rodzice – co może przekładać się na brak zaufania uczniów (przynajmniej tych starszych) – trudno oczekiwać, że pomoże w budowaniu kapitału społecznego, którego – jak wskazuje wiele badań – wyjątkowo w Polsce brakuje.


[1] CBOS (2013), Wykształcenie ma znaczenie?; raport dostępny tutaj.
[2] TNS OBOP (2000), Wykształcenie – szansa na sukces czy przeżytek; raport dostępny tutaj.
[3] Dane pochodzą z raportu Kluczowe dane o edukacji w Europie w 2012 roku; tekst dostępny tutaj
[4] Wyniki badań pochodzą z raportu: Przemoc w szkole. Raport z badań, Anna Giza-Poleszczuk, Agata Komendant-Brodowska, Anna Baczko-Dombi; tekst dostępny tutaj.