Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej Punkt S - Blog socjolożki Małgorzaty Sikorskiej

25.05.2014
niedziela

Czy można wyobrazić sobie świat bez randek?

25 maja 2014, niedziela,

Wszystko można sobie wyobrazić, ale w przypadku rzeczywistości bez randek nie będzie to łatwe. Z dużym prawdopodobieństwem zakładam, że (prawie) każdy z czytelników choć raz był na randce i chociażby z tego powodu randkowanie wydaje się zajęciem uniwersalnym, które ludzkość praktykuje od czasów, gdy dwoje (dwie, dwóch?) przedstawicieli Homo sapiens zapałało do siebie uczuciem. Ale tak nie jest.

O ile bowiem pojęcia mają mieć bardziej niż mniej precyzyjne desygnaty, chodzenie na randki jest całkiem nowym „wynalazkiem” – randkowanie jako zjawisko społeczne ma mniej więcej sto lat. A skoro randki nie istniały „od zawsze”, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jako powszechna praktyka zniknęły.

Zgodnie z definicją słownikową randka to „umówione spotkanie dwóch osób czujących do siebie sympatię lub zakochanych w sobie” (Słownik PWN). Już ten krótki opis podpowiada, dlaczego nie ma sensu mówić o randkowaniu w czasach aranżowanych małżeństw, gdy łączenie majątków oraz rodów i nazwisk było ważniejsze od uczuć osób tworzących związek. Warunkiem koniecznym – choć niewystarczającym – dla randkowania było „wynalezienie” miłości romantycznej jako czynnika decydującego o doborze partnerskim. Nie oznacza to oczywiście, że mniej więcej do XIX wieku – kiedy to uczucia stały się istotnym argumentem w procesie podejmowania decyzji o ślubie – ludzie nie bywali zakochani. Z pewnością bywali i zapewne zdarzały się również małżeństwa darzące się głębokim uczuciem, niemniej prawdopodobnie częściej erotyczną fascynację i „motyle w brzuchu” wywoływała raczej kochanka, kochanek niż mąż czy żona.

Zanim w latach 20. XX wieku upowszechniło się randkowanie, praktykowano zaloty. Były one silniej zrutynizowane niż randki, a ich podstawowym celem było zawarcie małżeństwa. Zalecano się w miejscach kontrolowanych przez rodzinę – najlepiej w domu kobiety. Natomiast randki wyszły do przestrzeni publicznej: kin, restauracji, klubów, a w wersji amerykańskiej do aut zaparkowanych w samochodowych kinach lub w bardziej ustronnych miejscach. Dawało to randkującym większą swobodę w podejmowanych przez nich działaniach niż w czasach, gdy młodzi siedzieli na sofie w salonie, a mama donosiła herbatę i ciasteczka. Nie oznacza to jednak, że randki nie miały swoich scenariuszy. Spotykający się zazwyczaj dobrze rozpoznawali, co na randce wypada, a czego raczej nie powinno się robić.

Rzecz w tym, że od kilku dekad rytuały randkowe stały się coraz mniej konwencjonalne i coraz mniej jednoznaczne. W związku z tym wzrosła niepewność na przykład dotycząca tego, kto powinien płacić za kino czy kolację; na której randce „wypada” się całować (używając spopularyzowanej w Stanach Zjednoczonych terminologii z baseballa: „zdobyć pierwszą bazę”), a na której pójść do łóżka (zdobyć „home plate”[1]). To zagubienie i rozmycie społecznie podzielanej definicji randki doskonale widać w dyskusji zapoczątkowanej przez tycho99 (biorąc pod uwagę nick, można założyć, że tycho ma 15 lat) i toczącej się na forum „Kobieta” (na platformie gazeta.pl). Tycho pyta: „Czy randką jest każde spotkanie towarzyskie dwóch osób płci przeciwnej? Czy może dodatkowym warunkiem jest, że nie mogą być z nikim w związku? Mam wątpliwości w kwestii poprawnego rozumienia tego terminu. Przyjmuje się, np., że jeśli zaproszę nowo poznaną kobietę na kawę, to jest to randka. A jeśli jest to moja koleżanka, która znam kilka miesięcy? A jeśli to kolega? Samo spotkanie może wyglądać bardzo podobnie, a jednak w jednych przypadkach mamy do czynienia z randka a w innych nie”[2]. Jeden z dyskutantów podpowiada, że w dodefiniowaniu tego, czym jest randka, przede wszystkim chodzi o podzielaną przez oboje (obie/obu) „świadomość bycia na randce”. W tej radzie doskonale widać brak społecznych kryteriów i subiektywizację doświadczenia randkowania.

Schyłek randek (przynajmniej w społeczeństwach zachodnich) rozpoczął się wraz ze zmianami obyczajowymi na przełomie lat 60. i 70. A jedną z ważniejszych przyczyn kryzysu randkowania był wzrost niezależności i oczekiwań kobiet. Trzeba bowiem pamiętać, że randka – przynajmniej w „klasycznej” wersji – była oparta na męskiej dominacji. W końcu to mężczyzna zapraszał (lub nie), przychodził po dziewczynę do domu, prowadził samochód, wybierał film i lokal oraz płacił. Z czasem dla kobiet ten podział ról stawał się coraz mniej wygodny i coraz mniej uzasadniony. W dodatku gdy panie stawały się bardziej ekspansywne, a ich oczekiwania dotyczące potencjalnych parterów wzrosły, mężczyźni zaczęli czuć się w sytuacjach randkowych coraz mniej komfortowo, gdyż całkiem na serio musieli rozważyć, czy na przykład ich propozycja, że zapłacą za kolację, będzie odebrana jako miły gest czy też może wyśmiana jako przejaw męskiej dominacji i patriarchatu.

Do upadku randkowania przyczynił się także rozwój i specyfika nowych mediów, a w tym kontekście przede wszystkim portali społecznościowych. Dzięki nim można szybko zdobyć informacje o potencjalnym kandydacie/kandydatce do związku, co czyni niepotrzebnym proces poznawania się, badania swoich gustów i oczekiwań, porównywania poczucia humoru podczas kolejnych randek. Tego wszystkiego można się dowiedzieć, przeglądając czyjś profil i wpisy. Technologia umożliwia także niemal ciągłe pozostawanie w kontakcie (via Facebook, Twitter, smsy, maile, czaty). A skoro ciągle jesteśmy potencjalnie „razem”, trudno odróżnić kiedy jesteśmy, a kiedy nie jesteśmy na randce. Zupełnie tak samo, jak trudno oddzielić czas, gdy jesteśmy w pracy od czasu potencjalnie wolnego, w którym i tak odbieramy i odpisujemy na firmowe maile.

Kolejnym gwoździem do trumny, w której spoczywa randkowanie, jest coraz powszechniejsze spędzanie czasu przez młodych ludzi – a więc potencjalną grupę randkujących – w „gronach” i „stadach” zamiast w parach. A czy randka w tłumie znajomych ma sens?

Socjologowie (przede wszystkim amerykańscy) zwracają uwagę, że współcześnie randkowanie zostaje zastępowane przez „kulturę wyhaczania” (hooking up culture). Celem nie jest już tworzenie związku, chodzi jedynie o seks bez zobowiązań. Nie ma tu także miejsca na romantyzm i randkowe rytuały. Brak emocjonalnego zaangażowania upodabnia „wyhaczanie” do relacji między prostytutką a klientem, z tym że nikt tu nikomu nie płaci i obie strony są na równej pozycji.

Jak zauważył amerykański pisarz Tom Wolfe, kultura hooking up zmienia znaczenie użytej wcześniej terminologii baseballowej, za pomocą której w kulturze amerykańskiej często opisuje się relacje intymne. Obecnie „first base” to znacznie, znacznie więcej niż niewinne całowanie, natomiast zdobycie punktu i dotarcie do „home plate” oznacza… zapytanie o imię partnera/partnerki, z którym/którą przed chwilą uprawiało się seks.

Jednak „wyhaczanie” mogą praktykować nie tylko osoby, które dopiero co się spotkały. Tego pojęcia używa się także do opisu relacji między znajomymi („fuck buddies” czy „friend with benefits”), którzy, koncentrując się na doświadczeniach seksualnych, nie mają żadnych planów dotyczących wspólnej przyszłości jako pary. Zjawisko wyhaczania rozpowszechniło się na początku XXI wieku przede wszystkim wśród grupy studentów mieszkających na kampusach. A przynajmniej ta grupa jest najczęściej badana i opisywana w tekstach o hooking up’owaniu. Jak łatwo się domyślić, ta praktyka oraz jej konsekwencje są różnie oceniane. Niektórzy, wskazując na upadek obyczajów, koncentrują się na opisie negatywnych skutków wyhaczania, które przyczynia się do nieumiejętności tworzenia głębokich relacji w przyszłości. Inni zwracają uwagę na to, że praktykowanie przez studentów hooking up’u jest w ich życiu jedynie epizodem i wcale nie oznacza braku zainteresowania trwałymi związkami oraz nie powoduje problemów w życiu we dwoje.

Trudno stwierdzić, czy wyhaczanie jest często praktykowane przez polską młodzież. W zasadzie nikt tego zjawiska nie bada. Informacje o średniej liczbie parterów seksualnych (która nieco wzrasta), czy dane pokazujące średni wiek inicjacji seksualnej (który nieco spada) otrzymywane dzięki badaniom dotyczącym seksualności Polaków i prowadzonym przez Zbigniewa Izdebskiego, niewiele wyjaśniają.

A co z randkami? Coraz częściej słyszę, że to osoby w wieku średnim chodzą na randki ze swoimi stałymi parterami/małżonkami. Randkowanie ulega przedefiniowaniu: nie chodzi już o poznawanie się i szukanie partnera. Takie osoby dawno już partnerów znalazły. A używanie nieco staroświeckiego słowa „randka” wydaje się odpowiadać na potrzebę odegrania romantycznego rytuału.


[1] „Home plate” – miejsce, z którego pałkarz uderza piłkę i jednocześnie do którego trzeba dobiec, żeby zdobyć punkt.
[2] Definicja randki według użytkowników forum Gazety.pl.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Podaje Pani następującą definicję randki: „umówione spotkanie dwóch osób czujących do siebie sympatię lub zakochanych w sobie” (Słownik PWN).” Oraz dalej Pani pisze: „Już ten krótki opis podpowiada, dlaczego nie ma sensu mówić o randkowaniu w czasach aranżowanych małżeństw, gdy łączenie majątków oraz rodów i nazwisk było ważniejsze od uczuć osób tworzących związek.”

    Jak to nie ma sensu? Oznaczałoby to, że każda randka MUSI kończyć się małżeństwem, którego podstawą jest miłość romantyczna. Przecież tak nie jest i nie było. Nawet mając narzeczoną/żonę/męża (wybrać odpowiednie w zależności od płci i sytuacji, więc nawet i nie mając) można umówić się na – uwaga, ta sama definicja – „spotkanie dwóch osób czujących do siebie sympatię lub zakochanych w sobie”. To mogło być możliwe nawet np. w średniowieczu. Co do małżeństwa wszystko ustawiane, wiadomo, ale znane są z historii zdrady małżeńskie, posiadanie kochanków, etc. – a wedle przytoczonej definicji np. spotkanie kochanków byłoby randką! Oczywiście mogło nieciekawie się skończyć dla randkujących, ale o to mniejsza.

    Problem po prostu w tym, że słowo „randka” może i pojawiło się stosunkowo niedawno, ale ta „instytucja” (mówiąc socjologicznym językiem) istniała wcześniej (może w innej nieco formie niż popularnie się przyjmuje, ale jednak tak – przynajmniej na gruncie przytoczonej definicji, z którą trudno się przecież nie zgodzić).

  2. Randki nigdy nie zginą. Ludzie zawsze mają gender, nawet Ci, którzy z nim walczą. Brak dominacji i pełnia niezależność płci jest utopią, de facto mogącą prowadzić do alienacji. Nie wierzę, aby ktokolwiek poza skrajnymi idealistami wierzył w osiągnięcia pełnej równość w związku (obowiązującej zawsze i bez względu na kontekst).

    Ludzie raczej są realistami, czasem dominują, w innym przypadku chcą i dają się zdominować. I tu się rodzi romantyzm, który nigdy nie zginie.

    Z jednej strony demokracja ucywilizowana forma to konflikt, w którym zawsze ktoś ma chwilową przewagę. Dialektyka nadająca dynamizmu.

    Czasem zaś konfliktu nie ma, bo obie strony akceptują podobne nierówności. To współgranie i przeciąganie liny potrafi być bardzo seksy i uwodzące.

    Dlatego nie zgadam się z autorką tekstu.
    Świat nie dąży w kierunku alienacji i krótkotrwałego kompulsywnego seksu. Wyrywa się jedynie ze znanych nam ram tradycyjnego patriarchatu. Ocenianie tego nowego świata według starych kryteriów jest według mnie błędem. Nie ma antynomii patriarchat-alienacja. Jest trzecia droga, której nie da się opisać za pomocą znanego nam słownika.

css.php