Czy matka wciąż jest kobietą? – rozważania z okazji Dnia Matki

To pytanie wcale nie jest tak nonsensowne, jak się wydaje na pierwszy rzut oka, a odpowiedź na nie – w przypadku polskich matek – niekoniecznie jest oczywista.

Demografowie i socjologowie biją na alarm, publicyści podchwytują temat, politycy zaczynają debatę. Polki rodzą coraz mniej dzieci. Dlaczego? Co powoduje, że wśród krajów Unii Europejskiej mamy – zaraz za Portugalią – najniższy wskaźnik dzietności? Prowokacyjnie odwrócę pytanie: a niby dlaczego miałyby rodzić? Zwłaszcza jeśli mają już jedno dziecko, a dziadkowie oraz znajomi nie zadręczają pytaniami o to, kiedy będzie dzidziuś. Zwłaszcza gdy czują, że mityczny instynkt macierzyński został zaspokojony przez pielęgnowanie jedynaka.

W Polsce niski wskaźnik dzietności nie wynika z masowej rezygnacji z macierzyństwa, lecz z niepodejmowania decyzji o kolejnych dzieciach. Co przeszkadza matkom, żeby mieć więcej potomków? Niektórzy jako powód podają egoizm i wygodnictwo współczesnych kobiet oraz tzw. nastawienie na karierę.

Jakoś nie przekonują mnie te sformułowania. Zwłaszcza że – jak pokazują badania CBOS – kobiety z wyższym wykształceniem (a więc – statystycznie – te, które częściej są zatrudniane, lepiej zarabiają i czerpią z pracy więcej satysfakcji) chcą mieć średnio więcej dzieci. Nie wybierają więc kariery zamiast ciąży. Chciałyby mieć i jedno, i drugie. Coś je jednak powstrzymuje. Inni przywołują argument ekonomiczny: polskich rodzin nie stać na więcej dzieci. To w przypadku wielu osób z pewnością jest istotny powód. Moim zdaniem jest jednak jeszcze coś, co skutecznie blokuje decyzje o kolejnych dzieciach – poczucie winy.

W wielu przekazach formułowanych przez ekspertów „od dzieci” mniej lub bardziej bezpośrednio sformułowany jest komunikat: rodzicielstwo – a przede wszystkim macierzyństwo, bo to głównie do kobiet zwracają się eksperci – to bardzo trudne zadanie, to ciężka praca, wymagająca wyjątkowych kompetencji, pełnego zaangażowania, energii i czasu. Nie można mieć dziecka „tak przy okazji”, trzeba to dokładnie zaplanować, a potem konsekwentnie ten „projekt: dziecko” realizować. I to ty, mamo, jesteś winna, jeśli pojawiają się problemy w jego realizacji. Maluch nie chce jeść ekologicznych warzyw (ani żadnych innych); nie osiąga biegłości w korzystaniu z nocnika tak szybko jak inne dzieci; nie powtarza piosenek po angielsku, mimo że przecież chodzi na dodatkowe zajęcia… a może to, mamo, twoja wina? Nie potrafisz po pracy wykrzesać sił i entuzjazmu do budowania z klocków, do zabawy w teatr, nie zdążyłaś zawieźć przedszkolaka na zajęcia z ceramiki? No, to już zdecydowanie twoja wina!

Rynek oferuje nieograniczony wybór zabawek edukacyjnych, zestawów witamin na każdą porę roku, dizajnerskich ubranek dla niemowlaków oraz zajęć edukacyjno-ruchowych (od pływania dla niemowląt, przez chiński dla przedszkolaków, po pianino dla pierwszaków). Powinnaś, matko, wybrać i kupić, zapisać, zawieźć i czekać na dziecko. Jeśli tego nie robisz… czuj się winna!

A może tak być musi? Może poczucie winy jest wpisane w macierzyństwo i inaczej się nie da? Niekoniecznie. Są w Europie kraje, w których matki – a przynajmniej wiele z nich – nie uważają, że wracając do pracy wcześniej niż po trzech latach od porodu, spowodują nieodwracalne szkody w psychice malucha. Nie dają się przekonać, że powinny spędzać z dzieckiem każdą wolną chwilę na stymulujących zabawach i że czas, kiedy dziecko zajmuje się sobą, jest czasem zmarnowanym. Nie są skłonne uwierzyć, że po powiększeniu rodziny każde pomieszczenie w domu ma przypominać dobrze wyposażoną salę przedszkolną. Nie są przekonane, że podczas każdego wyjścia na plac zabaw powinny targać ze sobą rowerek, wózek dla misia, piłkę, bogaty zestaw foremek, a także zupkę w słoiku, pokrojone owocki (co najmniej dwa rodzaje) oraz chrupki kukurydziane. W niektórych społeczeństwach matki nie dają sobie wmówić, że jeśli nie robią tego wszystkiego, są „złymi matkami” i powinny czuć się winne.

I chyba nie jest przypadkiem, że właśnie w tych krajach wskaźniki dzietności są jednymi z najwyższych w Europie. Choć z pewnością konsekwentnie prowadzona i efektywna polityka rodzinna, preferencje dla dużych rodzin w systemie podatkowym czy dostępne publiczne przedszkola nie są bez znaczenia, to jednak zdjęcie z kobiet obowiązku bycia „idealnymi matkami” bez wątpienia ułatwia im podejmowanie decyzji o kolejnych dzieciach.

Gdy mowa o dzieciach i polityce rodzinnej, zazwyczaj przywoływany jest przykład Szwecji. Ma to swoje uzasadnienie, warto jednak przyjrzeć się także innemu krajowi – Francji, która jest drugim (po Islandii) najbardziej płodnym państwem w Europie. Jeśli uwierzymy Elisabeth Badinter – francuskiej badaczce życia społecznego (autorce m.in. wzbudzającej duże emocje publikacji, w której zakwestionowała naturalność instynktu macierzyńskiego); jeśli zaufamy Pameli Druckerman – amerykańskiej dziennikarce, mieszkającej i wychowującej dzieci we Francji, która swoje doświadczenia opisała w książce o nieprzypadkowym tytule W Paryżu dzieci nie grymaszą; wreszcie – jeśli sięgniemy do obrazków produkowanych przez francuską kulturę popularną, zauważymy, że wiele francuskich mam wygląda na zadowolone oraz wolne od nadmiaru wątpliwości dotyczących macierzyństwa. Wydaje się także, że francuskie mères całkiem dobrze potrafią minimalizować poczucie winy, które dla wielu Polek (ale nie jesteśmy w tym odosobnione, mamy z innych krajów też to mają) jest nierozerwalnie wpisane w rodzicielstwo.

Skąd to się bierze? Jak im się to udaje? W czym tkwi tajemnica? Moim zdaniem warto wskazać na dwa kluczowe elementy, które zapewniają „rozgrzeszenie” matkom we Francji.

Pierwszy jest związany z podzielanym społecznie przekonaniem, że nawet jeśli jest się mamą, to wciąż przede wszystkim jest się kobietą. Wraz z urodzeniem dziecka nie zmniejszają się ani ambicje, ani potencjał intelektualny, nie znika potrzeba decydowania o sobie, a wygląd (waga przede wszystkim) zmienia się tylko na kilka miesięcy. Z tym ostatnim założeniem związana jest presja (a jednak – francuskie matki też doświadczają presji) na szybki powrót do figury. W Polsce, choć wciąż powszechne jest przekonanie, że bycie „w pełni kobietą” gwarantuje dopiero macierzyństwo, to jednocześnie, i nieco paradoksalnie, po urodzeniu dziecka kobieta z jej pragnieniami i planami często „znika”, a zastępuje ją MATKA (wielkie litery nie są tu przypadkowe), której obowiązki organizują – przynajmniej przez kilka pierwszych lat życia dziecka, a niekiedy i znacznie dłużej – zarówno rytm dnia, jak i plany oraz marzenia mam-już-nie-kobiet. A jeśli tak się nie dzieje… pojawia się poczucie winy i podejrzenie, że może jest się nie dość dobrą matką.

Drugim powodem „rozgrzeszenia” francuskich mam jest ich całkiem wysoki poziom pewności dotyczącej tego, jak zajmować się i jak wychowywać dzieci. Podczas gdy polskie matki – ojcowie zresztą również – często czują się zagubione w nowej roli, Francuzi po prostu „robią swoje”. Nauczyła ich tego w latach 70. Françoise Dolto – pediatra i psychoanalityczka, autorka niezwykle popularnych we Francji książek poświęconych wychowywaniu dzieci. Do dziś rady Dolto traktowane są przez większość rodziców jako oczywistości, „tak się po prostu robi” i „wszyscy to wiedzą”. A zdobycie tej wiedzy pozwala zaufać sobie i jednocześnie uciec od poczucia winy, wynikającego z obawy, że coś robi się nie tak.

W Polsce wielu rodziców zna zalecenia „Superniani”, niektórzy mówią o wychowywaniu dzieci cytatami z jej programów i książek. Jednak znacznie mniejsza grupa matek i ojców wie, jak stosować zalecenia Doroty Zawadzkiej. Mają z tym szczególny problem, gdy znajdą się w sytuacji „kryzysowej” i na przykład muszą poradzić sobie zarówno z dzieckiem wijącym się na podłodze supermarketu, konsekwentnie i głośno domagającym się kolejnej paczki żelków, jak i z pełnymi pogardy spojrzeniami tych, którzy nie mają dzieci lub już dawno zapomnieli, jak to jest je mieć.

Pamiętam rozmowę z mamą trzylatka, która „za karę” zamykała go w łazience, co było jej „kreatywnym” przeformułowaniem metody „karnego jeżyka”, propagowanej przez Supernianię. Na pytanie, dlaczego to robi, odpowiedziała, „że o czymś takim mówili w telewizji”, po czym szybko dodała niepewnie: „a może to jednak było inaczej?”.

Mam wrażenie, że właśnie te trzy czynniki: „nieznikanie” kobiety w momencie, gdy pojawia się dziecko, zaufanie do siebie w roli rodzica oraz uwolnienie (przynajmniej częściowo) od poczucia winy sprzyjają Francuzkom oraz kobietom z kilku innych krajów w podejmowaniu decyzji o posiadaniu kolejnego malucha. Mamy w Polsce chyba zbyt rzadko tego doświadczają.